TINY – akademia przynęt Salmo

powrót
TINY – akademia przynęt Salmo
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

Są sytuacje, w których tradycyjne przynęty zawodzą. Są pory roku, w których nasza zdobycz przestawia się na pokarm bardzo trudny do imitowania sztuczną przynętą spinningową. W końcu są takie gatunki, które z natury bywają bardzo wybredne. Gotowy scenariusz wędkarskiej porażki? Nic z tych rzeczy. To idealne miejsce dla przynęty do zadań specjalnych. To sytuacja, w której doskonale sprawdzi się najmniejszy przedstawiciel rodziny Salmo – Tiny.

 

Nie dajcie się zwieść niewielkiemu rozmiarowi. W tym małym 3 cm korpusiku drzemie wielka moc, która od momentu wprowadzenia do seryjnej produkcji w 2004 roku, pozwoliła przechytrzyć wiele wyjątkowo ostrożnych okazów. Na pierwszy rzut oka to tradycyjny wobler – tylko w wersji mini. Jak to jednak w życiu bywa, drobne szczegóły decydują o jego atrakcyjności. Gdy poznamy sekrety tej przynęty, zdobędziemy bardzo skuteczne narzędzie do połowu nie tylko typowych drapieżników, ale także ryb, które wcześniej pozostawały poza naszym zasięgiem.

Produkowany jest w dwóch wersjach – pływającej i tonącej, oraz 10 wariantach kolorystycznych.

Do łowienia Tiny -

niezbędna jest finezja. Wersja tonąca waży 2,5 grama, a pływająca jest o pół grama lżejsza. Jak się domyślacie swobodne łowienie będzie wymagało użycia lekkich wędek. W tym miejscu, rysuje się jednak pierwsza ogromna zaleta Tiny. Mimo stosunkowo niewielkiej masy, jest ona dobrze skupiona, a w ślad za tym nadaje przynęcie dobre właściwości lotne. Przy zastosowaniu cienkiej żyłki i wędki wyposażonej w delikatną szczytówkę, można rzucić tak lekkim wabikiem nawet na kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów, co pozwoli umieścić przynętę w wybranych miejscu. Pamiętajcie, że polujące na owady ryby patrolują przypowierzchniowe partie wód sprawiając, że jesteśmy doskonale widoczni. Stosunkowo daleki rzut, który umożliwia Tiny, może okazać się kluczowy. Warto w tym miejscu pamiętać o żelaznej zasadzie, że im cieńsza żyłka tym dłuższy rzut. Należy jednak zachować zdrowy rozsądek, gdyż mała przynęta nie oznacza małej ryby. Latem owadami żywią się zarówno drobne wzdręgi, jak i kilkukilogramowe klenie, czy pstrągi. O grubości żyłki powinien zatem decydować charakter łowiska i przewidywana wielkość łowionych ryb. Jeśli w łowisku nie ma przeszkód w postaci roślinności zanurzonej, powalonych drzew lub nadbrzeżnych krzaków, to przy dobrze wyregulowanym hamulcu małego kołowrotka wystarczy żyłka o średnicy 0,14 mm i wytrzymałości od 2-3 kg. Jeśli jednak łowimy w zarośniętej rzece, pełnej podwodnych przeszkód (pnie drzew, gałęzie, kamienie), a do tego musimy się liczyć z braniem energicznie walczącego okazu, warto zrezygnować z kilku metrów odległości rzutu, kosztem nawinięcia zdecydowanie grubszej linki – 0,18-0,20mm (3-4) kg. W przypadku tej przynęty, nawet cienka plecionka może się nie sprawdzić. Żyłkę z woblerkiem łączymy za pomocą kółeczka łącznikowego lub najmniejszych agrafek.

Używając grubszej żyłki, należy pamiętać o dopasowaniu wielkości i mocy kotwic. Zmiana wielkości kotwiczek, przy zachowaniu oczywistych proporcji, nie będzie miała znaczącego wpływu na pracę przynęty. Zachęcam też do eksperymentów. Często, gdy zauważę, że ryby atakują przynętę od dołu, całkowicie rezygnuję z tylnej kotwiczki, pozostawiając jedną większą na brzuszku. Zmniejsza to ilość splątań i zwiększa skuteczność zacięcia. Może i wy znajdziecie swój skuteczny sposób „uzbrojenia”.

Letnie przysmaki

Przychodzi taki okres, w którym wiele gatunków niemal całkowicie przestawia się na dietę złożoną z owadów lub narybku. Po ciężkiej zimie, podczas której każdy ruch był kalkulowany przez pryzmat straty energii, po długo oczekiwanej wiośnie, kiedy zimowe straty należało jak najszybciej uzupełnić dużymi i sycącymi kąskami, przychodzi ciepłe lato, w którym można sobie pozwolić na cierpliwe objadanie się smakołykami. Nic dziwnego, że nawet typowi drapieżcy jak pstrągi, zamiast uganiać się za rybami, wolą konsekwentnie zbierać unoszące się na powierzchni wody muchy, jętki, chrabąszcze i żuczki lub objadać się wiosennym wylęgiem, co w znakomity sposób zostało odzwierciedlone w gamie kolorystycznej dostępnych modeli Tiny. Warto pamiętać, że w podobny sposób żeruje wile innych ryb. Okonie, klenie, jazie, bassy, wzdręgi, płocie, jelce. Wielu z nich nigdy nie łowiliście spinningiem? Najwyższa pora zacząć.

Przy powierzchni

Gdy zauważymy wzmożoną aktywność ryb przy powierzchni wody, ich spławy, charakterystyczne kółka i cmoknięcia pozostające po zebraniu pokarmu z powierzchni wody, jest to wyraźny sygnał do rozpoczęcia przygody z Tiny. Mały ster powoduje, że ściągając przynętę wywołujemy regularną, drobną pracę ogonka, zanurzając ją na niewielką głębokość. W przypadku wersji pływającej będzie to w zależności od tempa prowadzenie raptem kilkanaście do 30 cm pod powierzchnią wody, a wersję tonącą powinno nam się udać zanurzyć do pół metra pod wodą. Oczywiście można Tiny łowić przy dnie. W tym celu należy użyć dodatkowego ciężarka i za pomocą potrójnego krętlika umieścić go minimum pół metra przed przynętą. Tym niemniej, ta przynęta całość swoich walorów pokazuje przy powierzchni, więc obławianie niższych partii wody warto pozostawić innym wabikom. Podobnie jak trolling. Wypuszczając przynętę na długiej i cienkiej żyłce doczekamy się brania, ale zdecydowanie bardziej widowiskowe jest typowe castingowanie.

Jak się zatem domyślacie, będziemy szukać łowisk płytkich, z rzadka przekraczających głębokość 1 metra. W jeziorach są to przybrzeżne strefy litoralu, okolice trzcinowisk, wolne przestrzenie wody pomiędzy skupiskami kapelonów i grążeli, a także brzegi osłonięte zwisającymi konarami przybrzeżnych drzew i krzewów. W przypadku rzek i potoków, sprawa jest mniej oczywista, gdyż ryby mogą przebywać na całej szerokości koryta. Nie zmienia to jednak faktu, że warto zacząć od wszelkiego rodzaju wypłyceń, nawisów traw i gałęzi, przelewów nad podwodnymi przeszkodami, korytarzy tworzących się wśród podwodnej roślinności. Zresztą, najczęściej ryby same zdradzą nam miejsce żerowania. Wystarczy chwila skupienia i cierpliwe obserwowanie wody, aby dostrzec miejsca, w których żeruje lub przebywa nasza zdobycz. Nie lekceważmy miejsc bardzo płytkich, to właśnie latem, nawet kilkukilogramowe ryby potrafią zajmować stanowiska, w których płetwa grzbietowa ledwo chowa się pod powierzchnią wody.

Zarówno w jeziorach, jak i rzekach łowimy Tiny tradycyjnie. Po zarzuceniu, ze zmiennym tempem ściągamy wabik do siebie. Jest jednak kilka sztuczek, o których warto pamiętać. Najczęściej będziemy imitować opadającego na wodę i walczącego o życie owada. Musimy być w pełni skoncentrowani już w momencie rzutu, gdyż bardzo często branie następuje w chwili zetknięcia się przynęty z wodą. Używając modelu pływającego, warto od czasu do czasu przerwać zwijanie pozwalając przynęcie wypłynąć na powierzchnię. Moment, w którym wabik się wynurzy i na spokojnej tafli wody rozejdą się charakterystyczne kółka, bywa bardzo atrakcyjny dla ryb. Przynętę ściągamy z nurtem rzeki lub w poprzek, podobnie jak naturalnie spływający pokarm.  Łowiąc w silnym nurcie rzeki lub potoku, możemy też przerwać zwijanie żyłki i pozwolić przynęcie pracować w miejscu, a jej pracę urozmaicać tylko delikatnymi ruchami szczytówki. Ta sztuczka sprawdza się często na kamienistych rafach i przelewach, gdzie niezdecydowana ryba nie  będzie mogła się oprzeć takiej prowokacji. Łowienie pod prąd warto przerywać pozwalając przynęcie cofnąć się kilkadziesiąt centymetrów. W końcu, który owad ma siłę jednostajnie przeć pod prąd. Warto też spławiać przynętę pod wszelkiego rodzaju przeszkody, takie jak: nawisy traw, zwisające tuż nad powierzchnię gałęzie lub konary drzew. Nawet spore ryby lubią chować się, a nie rzadko żerować w ich cieniu.

Na upatrzonego

To moja ulubiona metoda, ale ostrzegam, że bywa niebezpieczna. Niebezpieczna – gdyż wciąga bez reszty. Łowię nią klenie, jazie, wzdręgi i pstrągi, a Tiny doskonale się do niej nadaje. Łączy w sobie myśliwską magię podchodów, skradania i maskowania się z najbardziej widowiskowymi braniami. Wyobraźcie sobie widok pięknego złotołuskiego klenia, majestatycznie wachlującego ogonem wodę, w rytm kołyszącego się warkocza podwodnych roślin. Skradamy się na kolanach aby najmniejszy ruch traw go nie spłoszył, wykonujemy ostrożny rzut i nasz mały owadopodobny „cukierek” ląduje pół metra przed kleniem. Kleń delikatnie się obraca, ustawia w nurcie tak, aby napływający smakołyk niemal sam wpłynął do spokojnie otwieranego pyska. Pyszczek się zamyka, a w rozchodzących się kręgach nie dostrzegamy śladu Tiny. W ułamku sekundy zacinamy, a zahaczona ryba kwituje branie gejzerem wody. Czyż może być coś piękniejszego?

Czasem w ogóle nie trzeba zwijać przynęty. Wystarczy pozwolić jej swobodnie spływać, kontrolując i wybierając jedynie luźną żyłkę. To coś jakby woblerem łowić metodą na muchę. Jeśli ryby ignorują swobodnie spływający kąsek warto nim poruszać. Po kilku braniach będziemy wiedzieć jaki rodzaj prowadzanie tego dnia jest najskuteczniejszy. Szczególnie w dużych rzekach, wyjątkowo skuteczny sposób prowadzenia polega na takim ustawieniu woblera, aby jego praca smużyła powierzchnię wody. Możemy to osiągnąć na dwa sposoby. Jednym z nich jest bardzo wysokie podniesienie szczytówki wędziska i powolne ściąganie przynęty tak, aby nie pozwalać jej zanurkować pod powierzchnię. Wymaga to jednak dużej wprawy. Tiny posiada jednak bardzo plastyczny ster, umożliwiający zmianę kąta jego ustawienia. Wystarczy kciukiem lub kombinerkami odgiąć ster do dołu, tak aby tworzył w stosunku do swojej dłuższej osi kąt prosty. Ta drobna modyfikacja sprawi, że opór wody nie pozwoli przynęcie się zanurzać. W ten sposób możemy dostosować głębokość pracy do najbardziej pożądanej w danych warunkach. Robiąc to odpowiednio ostrożnie, unikniemy pęknięć steru.

Tiny jest przynętą uniwersalną, ze względu na swoje rozmiary. W myśl zasady, małego wszystko pożre, lista złowionych na całym świecie gatunków ryb jest przeogromna. Nawet ryby na co dzień nie kojarzone ze sztucznymi przynętami dają się oszukać temu maleństwu. Pamiętajcie jednak, że mimo niewielkich rozmiarów, potrafi skusić prawdziwe okazy. Przede wszystkim, często  pozostaje ostatnią deską ratunku, gdy wybredne, ospałe, letnie drapieżniki ignorują tradycyjne przynęty.

 

Mateusz Baran

 

 

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn