Brakujący centymetr

powrót
Brakujący centymetr
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

Wędkarstwo towarzyszy mi praktycznie odkąd pamiętam. Początkowo to bardziej ja towarzyszyłem jednak wędkarstwu mojego Ojca, umniejszając jego radość łowienia niecierpliwością i niekończącymi się pytaniami. Z czasem jednak okazało się że wędkarska pasja padła na podatny grunt i że zaczęła mnie wciągać lepiej niż doskonała komedia lub horror ze srebrnego ekranu. Wraz z kolejnymi wyprawami na ryby ujawniał się również zbawienny wpływ wędkarstwa na mój charakter – wyrabiało ono we mnie tą cechę, której mi najbardziej brakowało – a mianowicie cierpliwość. A piszę o tym wszystkim dlatego, iż w dalszej części tej opowieści będzie o cierpliwości, z elementami komedii i horroru (ale o szczęśliwym zakończeniu).

Bardzo szybko w swojej wędkarskiej “karierze” zacząłem sobie stawiać konkretne cele. Z reguły na zakończenie sezonu z serdecznym przyjacielem od wędki z ławy szkolnej zapisywaliśmy sobie w wędkarskich notesach wyniki z kończącego się roku oraz plany na rok przyszły – gatunki i rozmiary ryb jakie pragniemy złowić w przyszłym sezonie. Muszę przyznać, że plany te realizowaliśmy z dużą determinacją i powodzeniem – rosły listy naszych prywatnych rekordów. Ukoronowaniem moich wędkarskich sukcesów młodzieżowych było złowienie 99 centymetrowego szczupaka. Kończąc sezon, zapisałem sobie jako cel na rok następny złowienie szczupaka o długości 1 metra. To było 26 lat temu.

Od tej pory moje wędkarskie losy kształtowały się różnie – były lata gdy łowiłem bardzo dużo, były lata gdy nie łowiłem wcale. Zawsze jednak, gdy brałem spinning do ręki, gdzieś tam w podświadomości czaił się ten metrowy szczupak – a może tym razem? Stopniowo łowienie innych gatunków schodziło na plan dalszy, pomimo sukcesów nie przynosiły one takiej radości jak nadzieja na tego metrowego Esoxa. Przyznać muszę, że łowiłem bardzo dużo szczupaków – a zmorą moją i swoistą specjalizacją stały się ryby o wymiarach 95-99 cm. Doszło nawet do tego, że gdy los rzucił mnie na kontynent amerykański, również tam, (choć bez większego trudu złowiłem na przykład jednego dnia dwa ponad metrowej długości muskinongi) szczupaka złowiłem oczywiście dziewięćdzesięciodziewięciocentymetrowego! I tak mijały lata, wszyscy niemal dookoła pozaliczali już swoje metrówki, a ja dalej tkwiłem na magicznej liczbie 99, za to powtórzonej wielokrotnie.

Potem przyszedł okres gdy rozliczne obowiązki zepchnęły wędkarstwo na plan dalszy, aż do chwili gdy przyjaciele z Salmo zaproponowali mi udział w wiosennej wyprawie do Szwecji. Był rok 2002. Wtedy znów jak diabełek z pudełka wyskoczył gdzieś z zakamarków mózgu ten metrowy szczupak – oczywiście zgodziłem się natychmiast! Pojechałem, uzbroiwszy się wprzódy w nieznany mi do tej pory sprzęt castingowy oraz solidną porcję jerków Salmo ze świeżo królujacym na rynku Fatso – rezultatu już chyba możecie się domyślać – wróciłem z 99 centymetrowym szczupakiem na koncie.

Następny rok i następna wiosenna wyprawa to już era Salmo Slidera – łowię zdecydowanie skuteczniej, ale wynik niestety jest podobny jak w poprzednim roku, największy szczupak jakiego łowię ma 95 cm, pomimo tego, iż niemal wszyscy koledzy łowią na tej wyprawie ryby po sto kilka – kilkanaście. Przyjmuję to ze stoickim spokojem, wiem że kiedyś, gdzieś, na pewno – ten metrowy szczupak musi na mnie czekać.

Rok 2004 i wyprawa w nowy rejon. Jadę pełen nadziei, naszą nową bronią jest Salmo Skinner. Przepiękne wody okolic Nyneshamn obdarzają kolejno kolegów metrówkami. Niemal każdy z nich ma co najmniej po jednej dużej sztuce na koncie. Ja taką dużą sztukę jedynie widzę – w opinii wszystkich miała około 10 kg, zeszła po około 5 sekundach holu. Jak zwykle jednak zaliczam szczupaka 99 cm.

No i rok 2005 – znowu wyruszyliśmy w okolice Nynes, w mocnym składzie połączonych sił Salmo i Dragona. Czuję się dosyć pewnie, bo i łowisko znane i w jerkowaniu w ciągu ostatnich lat nabrałem nieco wprawy. Pierwszy dzień jednak kończy się drobnym zgrzytem – bierze mi na Skinnera szczupaczek, po bliższych pomiarach okazuje się że ma … 98 cm. Mówię do partnera na łódce : “Gdyby miał centymetr więcej to chyba bym go zabił”, (choć wszystkie złowione ryby naturalnie wypuszczamy). Chwilę śmiejemy się z mojego brakującego centymetra i łowimy dalej.

Kolejne dni nie przynoszą niespodzianek – bo czyż niespodzianką można nazwać 111 cm szczupaka Ani Schmid? Na pewno nie, gdyż wszyscy wiemy, że Ania zawsze złowić musi, tak więc jej sukces niespodzianką nie jest. Podobnie jak nie zaskakują złowione w następnych dniach przez Piotra Piskorskiego szczupaki 103, 106 i 111 cm, ani 108 cm Adama czy też 109 cm Artura. To są raczej normalne wyniki do jakich przywykliśmy na poprzednich wyprawach. Można powiedzieć wręcz że jest nie za dobrze – pogoda płata figle, ryby biorą słabo i generalnie wyniki gorsze są niż w latach poprzednich. W miarę jak zbliża się termin wyjazdu poziom adrenaliny w ekipie zaczyna opadać a moje szanse na metrówkę zaczynają gwałtownie maleć. Tym bardziej, że w ostatnim dniu wyprawy wybieramy się w okolice zupełnie mi nieznane a ja awansowałem na kapitana jednej z łodzi, tak więc oprócz skupienia się na łowieniu przyjdzie mi jeszcze zajmować się prowadzeniem łajby i decydowaniem gdzie płyniemy oraz jak łowimy.

Ostatni dzień łowienia idzie ospale, ryby generalnie nas ignorują, brań jest mało, a gdy już się trafiają to ryby nie powalają rozmiarami. Załogę powoli dopada zniechęcenie, ja jednak, nauczony przebywaniem w towarzystwie przyjaciół z Salmo wiem że dopóki się łowi to szanse są, młócę zacięcie wodę pływającym Jackiem 18. Zatoczka za zatoczką, trzcinki za trzcinkami. Męczymy się tak do czwartej trzydzieści po południu, a w odległości kilkuset metrów od nas podobnie na drugiej łodzi męczą się koledzy. Załoga zaczyna nieśmiało wyrażać chęć powrotu do domu, gdy wpływam do maleńkiej wnęki w skałach gdzie w siedemdziesięciocentymetrowej głębokości wodzie tkwią pojedyńcze trzciny. “Jeszcze parę rzutów tutaj” – mówię – “i spływamy”. Niechętnie podnoszą się aby porzucać, ale : “Jak tu łowić w takich trzcinach” – słyszę słowa dezaprobaty. Gdy mój Jack jest około trzy metry od burty łodzi mówię “Okay, spadamy stąd” i w tym samym momencie następuje kilka zdarzeń na raz. Za plecami słyszę zgodne westchnienie ulgi moich partnerów, moja stopa uruchamia silnik elektryczny aby wygramolić nas z tych trzcin, a Jack … Jack znika, a w jego miejsce dosłownie “znikąd” pojawia się dziesięć centymetrów pod powierzchnią wody ogromne cielsko wielkiego szczupaka. Reaguję raczej prawidłowo – odpuszczam pedał elektryka, krzyczę do kolegów “Uwaga” i zacinam z obu rąk – wszystko na raz. Świat koncentruje się teraz wokół tego zielonego cielska w wodzie i zagrożeń – trzcin, skał, łódki, jednego i drugiego silnika. Błyskawiczna analiza wykazuje, że nie ma czasu na zabawę – ryba wzięła za blisko łodzi i w niezbyt wygodnym do holu miejscu. Ale sprzęt mocny – świeżo nawinięta plecionka Dragona, świeże kotwice przy Jacku, dokręcam więc hamulec. Ryba robi jedynie dwa krótkie, może metrowe odjazdy i po chyba mniej niż minucie holu podbieram ją i wkładam do łódki. Jest przepiekna. Wiem już, że mam swoją metrówkę. Zaczyna teraz jednak być śmieszno i straszno, bo okazuje się że na łodzi nie mamy miarki, a rybę zaraz trzeba wypuścić. Dzwonimy więc szybko “na drugą łódkę” i już koledzy śpieszą ku nam niezwłocznie zarówno z miarką jak i z pomocą przy wykonaniu kilku pamiątkowych zdjęć. Ważę i mierzę rybę – ma 119 cm i waży 12,5 kg. Spełniło sie moje marzenie – plan poczyniony 26 lat temu i to z solidną nadwyżką (chyba w nagrodę za te lata cierpliwości) został wykonany. Jeśli odszukam jeszcze gdzieś ten swój wędkarski notes z czasów liceum, na koniec tego sezonu dumnie będę mógł przekreślić w nim cyfrę “100″ i obok wpisać jako cel na następny rok “120″ – i znowu przyjdzie mi walczyć o ten jeden, jedyny brakujący centymetr … Cóż – taki widać jest ten mój wędkarski los, przynajmniej będę miał co robić, być może przez kolejnych 26 lat.

Wojtek Górny
 

O autorze – Z wykształcenia ichtiobiolog, absolwent Katedry Ichtiobiologii i Rybactwa Wydziału Zootechnicznego SGGW, były pracownik naukowy Zakładu Rybactwa Stawowego Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Żabieńcu. W swojej pracy naukowej zajmował się podchowem wylęgu ryb słodkowodnych (w tym wylęgu szczupaka) na paszach w warunkach kontrolowanych. W trakcie rocznego pobytu w USA zajmował się między innymi produkcją materiału zarybieniowego szczupaka i muskinonga w wylęgarniach stanowych w Illinois i Kentucky. Autor ponad 40 publikacji naukowych i popularnych z zakresu ichtiobiologii i rybactwa . Obecnie miłośnik wędkarstwa a szczególnie spiningu i szczupaków.

Salmo JACK

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn