• PL
  • EN
  • RU

Jerkbaity – stary sposób na nowe drapieżniki

powrót
Jerkbaity – stary sposób na nowe drapieżniki
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

Wszyscy już chyba zapaleni spinningiści w Europie zauważyli nowy trend w naszej ulubionej dziedzinie wędkarstwa. Mam oczywiście na myśli modę na jerkbaity i sprzęt castingowy.

Nie wszyscy wiedzą jednak, że tak naprawdę nie jest to żadna wielka rewolucja. To tylko przeniesiony zza oceanu, dobrze sprawdzona technika pozwalająca w sposób powtarzalny łowić grube drapieżniki.

Nowe przynęty,znane na kontynencie amerykańskim od wieków, pojawiły się w Europie dopiero w drugiej połowie lat 90tych. Jako pierwszy opisał je w jednym z największych europejskich pism wędkarskich w 1995 roku, znany holenderski łowca drapieżników Berus Rozemeijer.

Wkrótce też na łamach zachodnich magazynów zaczęły pojawiać się zdjęcia wielkich okazów szczupaka i sandacza złowionych na amerykańskie jerkbaity. Posiadanie w swoim pudełku kilku nieśmiertelnych Suick’ów, Reef Hawg’ów czy Bobbie Baits, stało się więc nie tylko oznaką snobizmu. Mimo dość niezwykłej konstrukcji, bardzo prostego wykonania i dziwacznych kolorów, te zabawki naprawdę łowiły wielkie drapieżniki i to w miejscach, w których na inne przynęty brały jedynie średnie ryby. Wędkarze, którzy zadali sobie nieco trudu i zdobyli kilka jerków oraz wiedzę o posługiwaniu się nimi zaczęli na nowo odkrywać swoje wody. Okazało się, że dziwna i bardzo odstająca od stereotypów praca tych przynęt nawet na wodach poddanych dużej presji wędkarskiej potrafi zdziałać cuda. Mimo dobrej prasy jerkbaity nie miały jednak większych szans zdobyć dużej popularności. Powód był prosty. Można je było kupić jedynie w sklepach wysyłkowych w USA. W tamtych czasach był to praktycznie jedynie Rollie & Helen’s Musky Shop z Wisconsin. Ceny ich wraz z przesyłką do Europy osiągały taki poziom, że niewielu było fanatyków zdolnych je zaakceptować. Nie była to tym samym sytuacja sprzyjająca popularyzacji castingu. Niewielu dystrybutorów decydowało się na handel trudnymi do sprzedania wędkami oraz multiplikatorami dedykowanymi do tej metody.

Dopiero w roku 2000, na targach wędkarskich EFTTEX w Lyonie, polska firma Salmo zaprezentowała pierwsze europejskie jerkbaity – Fatso 14 i Jack 18. Na tyle różniły się one od znanych, amerykańskich jerkbaitów, że z miejsca zdobyły poważny rozgłos i uznanie wędkarzy. W następnych latach do rodziny dołączyły kolejne modele – Warrior i wreszcie Slider, który do dziś jest bezsprzecznym liderem w konkurencji ilości sprzedanych egzemplarzy w Europie.

Bardzo szybko okazało się też, że jerkbaity to nie tylko chwilowa moda a wręcz narastający trend. Inni producenci rozpoczęli więc pogoń za konkurencją wprowadzając do swoich ofert kolejne propozycje dla miłośników jerkowania. Trend ten wciąż trwa. Na każdych targach wędkarskich obserwujemy więc nowe przynęty będące jednak w zdecydowanej większości, bardziej lub mniej udanymi kopiami już istniejących.

Dzięki fascynacji dużymi przynętami rynek zanotował spore ożywienie w dziedzinie nowych wędzisk i kołowrotków. Znacznie wzrosła sprzedaż „niesprzedawalnych” do niedawna multiplikatorów oraz krótkich i twardych wędzisk.

Dla większości wędkarzy, którzy ulegli ciekawości, skompletowali swój pierwszy zestaw do jerkowania i wyruszyli z nim nad wodę, bardzo często jest to początek nowej przygody. Podobnej fascynacji ulegają zarówno młodzi jak i starzy, doświadczeni łowcy drapieżników. Znam wielu takich, którzy kompletnie porzucili klasyczne wędki spinningowe i łowią metodą castingu wszystkie ryby! Nie jest to w sumie nic nowego. W USA około 90% wędkarzy używa multiplikatorów zarówno do przynęt o masie 200 g jak i 1 g. Tam jest to jednak kwestia tradycji. W Europie natomiast głównie wynik nieokiełznanej fascynacji nie mającej często mocnych podstaw praktycznych. Casting nie bardzo nadaje się do łowienia, na przykład pstrągów, w niewielkich, zakrzaczonych potokach. Mimo to rzesza fanatyków próbujących przełamywać wszelkie trudności z tym związane ciągle rośnie.

Rodzi się więc pytanie -skąd ta fascynacja? Czemu dorośli faceci męczą się łowiąc multiplikatorami jeśli łatwiej posługiwać się klasycznymi kołowrotkami o stałej szpuli? Cała technika wygląda przecież na pierwszy rzut oka na dużo trudniejszą i mniej wygodną.

Istotę zagadnienia zrozumie to tylko ten, kto sam spróbuje. Już pierwsze doświadczenia związane z używaniem sprzętu castingowego potrafią z niedawnego malkontenta zrobić fanatyka nowej metody. Krótka i sztywna wędka sprawia, że rzucanie ciężkimi przynętami okazuje się zupełnie łatwe. Każdy, dla kogo spinning to coś więcej niż tylko wrzucanie i wyciąganie przynęty z wody, bardzo szybko zauważa też zalety multiplikatora.

Kontrola pracy przynęty na multiplikatorze jest niesamowita. Ma się wręcz wrażenie nawijania linki na dłoń. Największą zaletą takiego zestawu jest wygoda dynamicznego i intensywnego operowania nim przez wiele godzin. Ta łatwość obsługi z kolei zachęca do eksperymentowania z techniką połowu. Tu właśnie drzemie prawdziwa przyczyna skuteczności nowej metody. Aby poznać prawdziwą siłę jerkbaitów należy łowić kreatywnie. Im większą kontrolę uzyskamy nad przynętą, tym lepsze będą nasze rezultaty.

Przez kilka wieków rozwoju wędkarstwa wymyślano optymalne zestawy do każdej techniki i rodzaju przynęt. Niektóre z nich nadal ulegają ewolucji choćby z powodu pojawiania się nowych materiałów, z których wyrabia się wędki i kołowrotki. W przypadku jerkbaitów jednak – niewątpliwie jednych z prototypów sztucznych przynęt w ogóle, tak naprawdę niewiele się zmienia. Najlepszym magazynkiem linki był i jest multiplikator, najwygodniej rzuca się i łowi krótką, sztywną wędka a cały zestaw musi wytrzymać dużo większe siły niż wynikać to może z masy przynęt czy grubości linek.

Aby lepiej zrozumieć zalety zestawu castingowego do łowienia jerkbaitami przyjrzyjmy się krótko wszystkim jego elementom. Tak więc po pierwsze -

Wędka

Zajmujemy się oczywiście typowymi jerkbaitrami na duże drapieżniki. Łowić więc będziemy dużymi przynętami – o masie 35 – 120 g lub nawet większymi. Jerkowanie to technika bardzo aktywna i dynamiczna. Wędka musi mieć wiec po pierwsze odpowiedni ciężar rzutowy, który ochroni ją przed złamaniem. Po drugie – odpowiednią akcję, która pozwoli na wygodne rzucanie i skuteczne zacinanie dużych ryb. Po trzecie odpowiednią długość. Typowa wędka castingowa wyróżnia się ponadto specjalną konstrukcją rękojeści. Jest to tzw. „uchwyt pistoletowy”. Występujący na nim charakterystyczny „pazur” pomaga w pewniejszych chwycie i aktywnym operowaniu całym zestawem.

Zdecydowanym błędem są długie wędki. Operowanie nimi przez wiele godzin jest niezwykle męczące. Efektem może być tylko zła technika, słabe wyniki połowu i w końcu zniechęcenie. Optymalna wędka do połowu z łodzi i w większości przypadków z brzegu ma więc długość 180 – 230 cm, szczytową akcję i ciężar rzutowy między 50a 120 g. Najlepiej mieć dwa kije – do lżejszych (35 – 50g) i cięższych (55 – 120g) przynęt. Jeśli decydujemy się na jeden z nich – wybierzmy raczej ten drugi.

Nieco inaczej wyglądają typowe, amerykańskie kije castingowe. Są to najczęściej wędki o niesamowitym zapasie mocy.

Europejski wędkarz po wzięciu do ręki takiej wedki opisanej „action – heavy” zwykle traci na chwilę mowę! Bardziej przypominają one bowiem kije od szczotki niż narzędzia wędkarskie. Taka konstrukcja ma jednak uzasadnienie. Jest to po pierwsze związane z tradycją. Nie ma w USA zwyczaju „bawienie się z rybą”. Stąd hol wielkich muskie, które są najczęstszą zdobyczą fanów jerkbaitów, trwa krótko i jest niezwykle dramatyczny.

Ponadto należy wziąć pod uwagę kaliber stosowanych tam przynęt. Ogromne jerkbaity czy przynęty miękkie uzbrojone w kilka kotwic 5/0 to bardzo skuteczna broń na wielkie drapieżniki pod warunkiem, że jesteśmy w stanie naszą wędką wykonać skuteczne zacięcie. Przesunięcie takiej przynęty w najeżonej setkami zębów paszczy olbrzyma jest możliwe wyłącznie przy użyciu „kija od szczotki”. Amerykańskie wędki na muskie są też z reguły dłuższe od europejskich. Chodzi tu oczywiście o lepsze rozłożenie sił podczas rzutu, zacięcia i holu ryby. Jest jednak jeszcze jedno uzasadnienie dla długości rzędu 2,4 – 3 m. Jest to technika połowu muskie zwana „figure eight”. Ten prosty dość trick pozwala łowić muskie, które swoim zwyczajem przypływają za przynętą do samej burty łodzi do końca nie mogąc zdecydować się na branie. Polega on na maksymalnym wydłużeniu ostatniego etapu prowadzenia przynęty poprzez wykonywanie szerokich ruchów wędką zanurzoną do połowy w wodzie. Szczytówka wędki może kreślić figury przypominające cyfrę 8 albo 0. Bardzo wiele drapieżników daje się w ten sposób skusić do brania nawet po takich kilku “ósemkach„. Większość doświadczonych łowców muskie właśnie tak kończy każdy swój rzut. Łowiąc krótką wędką musieliby więc schylać się w kierunku wody narażając plecy na niepotrzebne zmęczenie. Długa wędka pozwala na precyzyjne wykonywanie „figure eicht” bez konieczności schylania się.

Jak wiadomo nasz szczupak nie daje się raczej nabrać na żadne ósemki i zwykle reaguje ucieczką na sam widok wędkarza. Poza tym nasze jerkbaity są jednak nieco mniejsze od amerykańskich. Stąd też, stosunkowo szybko zaczęły powstawać na naszym rynku nowe konstrukcje, będące „odchudzonymi” modyfikacjami amerykańskich.

Dość szybko jednak, bardziej ambitne firmy stworzyły swoje własne linie wędzisk doskonale dopasowanych do potrzeb europejskich wędkarzy. Konstrukcje te będące wypadkowądoświadczeń amerykańsko – europejskich a ostatnio również japońskich, wciąż ulegają modyfikacjom. Powstają więc wędki o niezwykłej dynamice, świetnej akcji a do tego lekkie i bardzo ładne.

Drugim niezwykle istotnym elementem zestawu castingowego jest

Multiplikatorz dobrą plecionką

Pierwszym, już wspomnianym atrybutem multiplikatora w porównaniu z kołowrotkiem o szpuli tałej jest niezwykła czułość zestawu. Ponadto klasyczny kołowrotek spinningowy wymusza konieczność nabierania linki na palec przy każdym rzucie. Po kilku godzinach takiego rzucania ciężkimi przynętami nawet zahartowane opuszki palców muszą ulec uszkodzeniu. W multiplikatorze zwalnianie linki następuje przez zwolnienie nacisku kciuka na szpulę. W ten sam sposób kontrolujemy również lot jerkbaita. Jest to sposób dużo wygodniejszy i bezpieczniejszy dla naszych dłoni od blokowania palcem wskazującym linki wylatującej z kołowrotka o szpuli stałej.

Kolejną zaletą jest dużo większa wytrzymałość multiplikatorów na dynamiczne obciążenia, które są nieodłączną częścią jerkowania. W handlu występują generalnie dwa typy kołowrotków castingowych – nisko i wysokoprofilowe (okrągłe).

Te pierwsze mają delikatniejszą konstrukcję i są przeznaczone do łowienia mniejszymi (15 – 35g) przynętami. Do „ciężkiej artylerii” zdecydowanie polecane są klasyczne, okrągłe multiplikatory. Mają one ponadto pojemniejsze szpule, mieszczące 100 i więcej metrów grubej plecionki. Istotna jest też moc hamulca naszego kołowrotka. Jeśli na delikatny kołowrotek niskoprofilowy nawiniemy grubą plecionkę i mocno dokręcimy hamulec, prędzej czy później musi on ulec uszkodzeniu.

Uzupełnieniem zestawu castingowego jest dobrej klasy plecionka. Można oczywiście robić eksperymenty z żyłką ale będzie to znowu wyważanie otwartych drzwi. Plecionka oprócz lepszych parametrów wytrzymałościowych charakteryzuje się nieomal zerową rozciągliwością. Pozwala to doskonale czuć pracę przynęty i natychmiast reagować na branie drapieżnika.

Przy łowieniu jerkami o masie 15 – 35 g w zupełności wystarcza plecionka o wytrzymałości 10 kg (ok. 0,18 mm). Taką też nawińmy na niskoprofilowca. Do przynęt powyżej 35 g jednak polecam plecionki o wytrzymałości 14 – 20 kg (0,23 – 0,27 mm). Często na widok takiego zestawu „normalni” wędkarze pukają się dyskretnie w czoło. Dla laika nie ma sensu stosowanie „sumowej” plecionki do łowienia szczupaków. Rzeczywiście nie chodzi tu o moc potrzebną do walki z rybą. Przyczyna tkwi w samej technice. Łowienie na jerki – zwłaszcza te duże, w niewielkim stopniu przypomina klasyczne spinningowanie. Łowi się ciężkimi przynętami i bardzo dynamicznie. Dużą zaletą tej techniki jest możliwość obławiania miejsc pełnych zielska i gęstych trzcin. Nagminne są więc zaczepy, które często daje się uwolnić jednym szarpnięciem. Po wielu takich szarpnięciach nawet mocna linka osłabia się prędzej czy później. Stąd konieczność posiadania odpowiedniego zapasu mocy, który pozwoli w miarę spokojnie łowić bez obawy, że teoretycznie bardzo mocna linka pęknie przy braniu małej ryby. Każdy, kto choć przez kilka godzin próbował łowić wbrew tej zasadzie, zaraz potem, zwykle po stracie kilku cennych przynęt zmieniał zdanie. Osobiście nawet stosując linkę o wytrzymałości 20 kg co kilka godzin, na wszelki wypadek zmieniam węzeł.

Ostatnim, ale wcale nie mniej ważnym elementem zestawu jest przypon o odpowiedniej wytrzymałości. Niestety na rynku jest zbyt wiele bubli, równie pięknie co nieprawdziwie opisanych przez producentów. Warto więc sprawdzać wytrzymałość zakupionych przyponów a w przypadku zestawu zalecanego do castingu jest to wręcz koniecznością. Najprostszym testem jest zawiązanie węzła na lince i przyponie, których chcemy użyć. Następnie należy po prostu obciążyć całość z odpowiednią siłą. Najsłabszym elementem zestawu MUSI być oczywiście węzeł na lince. Bardzo się zdziwicie jak często będzie to końcówka przyponu, agrafka czy krętlik kończący przypon. Nie warto uzależniać powodzenia w holu okazu od rzetelności producentów przyponów.

Oczywiście wielu wędkarzy do łowienia jerkami używa tradycyjnych wędzisk spinningowych, o długości 2,4 a nawet 2,7 m z kołowrotkami o stałej szpuli. Łowią oni ryby i często uważają, że inny sprzęt nie jest im potrzebny. Pewnie, że można i tak. Kojarzy mi się to jednak trochę używaniem 3 metrowej wędki do łowienia na lodzie. Też można ale po co?

Nawet łowiąc mniejszymi przynętami (jak Slider 7, 10 czy Fatso 10) nie zdają sobie oni sprawy ile informacji płynących z drugiej strony linki umyka ich uwadze. Rzecz jasna o łowieniu „prawdziwymi” jerkami – o wadze 45 – 120 g mogą tylko pomarzyć! Tak więc można zacząć od mocnej wędki spinningowej ale drugi stopień wtajemniczenia to bez wątpienia casting.

Decydując się na zakup pierwszego zestawu do łowienia jerkbaitami należy wziąć pod uwagę następujące niezaprzeczalne atrybuty klasycznego zestawu castingowego – krótka i sztywna wędka z „pazurem”, multiplikator i plecionka:

  • możliwość wykorzystania najbardziej ergonomicznej, czyli najmniej męczącej techniki łowienia z wędziskiem skierowanym w kierunku wody,
  • możliwość wielogodzinnego łowienia ciężkimi przynętami bez narażania się na totalne zmęczenie,
  • doskonałą kontrolę pracy przynęty,
  • możliwość wykonania szybkiego i mocnego zacięcia,
  • możliwość zastosowania możliwie najkrótszego, czyli najbezpieczniejszego dla ryby holu.

Oczywiście nowe doznania związane z użytkowaniem perfekcyjnie skomponowanego zestawu to nie wszystkie atrybuty castingu. Pozwala on bowiem na łowienie ryb, które do tej pory pozostawały często poza naszym zasięgiem. W łowiskach, gdzie wszyscy wędkarze używają małych lub średnich obrotówek lub gum, jerkbaity są zabójczo skuteczne. Przekonałem się o tym osobiście podczas kilku dużych zawodów spinnigowych i potwierdzi to każdy, kto nie zniechęcił się pierwszymi niepowodzeniami.

Dlaczego tak się dzieje? Skąd bierze się magiczna siła jerkbaitów? Aby to zrozumieć przyjrzyjmy się z bliska tym dziwnym przynętom oraz zastanówmy się jak mogły powstać te -

Dziwne wobblery bez sterów

Tak naprawdę do rodziny jerkbaitów powinno się zaliczyć nie tylko przynęty bezsterowe. Nazwa tej grupy przynęt pochodzi bowiem od techniki łowienia nimi a nie od ich budowy. Określenie „to jerk” – po angielsku „szarpać”, najkrócej i najcelniej charakteryzuje tą technikę. Tak więc „jerkować” można nie tylko „jerkami” ale też wobblerami, gumami a nawet poczciwymi wahadłówkami. Każda jednak z tych przynęt, prowadzona nawet w sposób najbardziej jednostajny porusza się. Klasyczny jerkbait natomiast, bez intensywnej pracy wędziskiem i kołowrotkiem zachowuje się jak przysłowiowy kołek. Dopiero świadoma akcja wędkarza budzi drzemiące w nim tajemnicze siły zdolne wywabić z głębiny szczupaka marzeń. Najpiękniejsze w jerkbaitach jest to, że praktycznie każdy ich użytkownik prędzej czy później odkrywa nowe, skuteczne w danych warunkach techniki łowienia nimi. Każdy jerkbait, nawet tego samego typu, różniący się bardzo nieznacznie np. pływalnością, to jak nowy rozdział pasjonującej powieści, której karty zapisujemy własnoręcznie na kolejnej wyprawie wędkarskiej.

Dla mnie jerkbaity to wielkie odkrycie i wspaniała przygoda. W ich prostej budowie i działaniu znajduję wciąż jakąś pierwotną, magiczną siłę, która zmusza do skupienia i pobudza wyobraźnię. Myślę, że właśnie te przynęty były protoplastami wszystkich przynęt sztucznych. Gdzie mogły powstać pierwsze z nich? W Ameryce Północnej czy w Europie? Nigdy się raczej tego nie dowiemy. Jedno jest pewne – zarówno wędka w dzisiejszym rozumieniu, kołowrotek jak i bardziej zaawansowana konstrukcyjnie przynęta to efekt pierwszych doświadczeń „wędkarskich” naszych praprzodków odzianych w skóry. Pierwsze sztuczne wabiki musiały przypominać rybę i być wykonane z najprostszego w obróbce materiału czyli drewna. Prawdopodobnie również były wykorzystywane początkowo jako „teasery” czyli wabiki mające za zadanie zwabienie drapieżnika w pobliże łodzi gdzie czekał już łowca z łukiem lub dzidą. Były to więc klasyczne jerkbaity tylko bez kotwic.

W sumie poznanie prawdy o początkach jerkbaitów ale nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że nawet mimo bardzo prymitywnej budowy i nierzadko niezbyt wyszukanemu wyglądowi ciągle łowią one wielkie ryby po obu stronach oceanu zostawiając często pod względem skuteczności w tyle piękne i błyszczące obrotówki oraz niezwykle realistyczne przynęty silikonowe.

Aby jednak -

Skutecznie łowić jerkbaitami

potrzebne jest jednak z reguły nieco więcej inwencji i zaangażowania z strony wędkarza niż w przypadku innych przynęt. Nie wystarczy tu dobrze przygotowany zestaw castingowy. Niezbędna jest choćby pobieżna wiedza o technikach łowienia różnymi typami jerkbaitów. Oczywiście idealna sytuacja to doświadczony kolega chętny do podzielenia się swoją wiedzą. Dysponując takim trenerem praktycznie każdy jest w stanie już na pierwszej wyprawie przyswoić sobie niezbędne podstawy.

Należy wiedzieć, że każdy jerkbait optymalnie pracuje a więc i działa na drapieżniki, jeśli jest odpowiednio poprowadzony. Rola prezentacji przynęty znana jest we wszystkich dziedzinach wędkarstwa. W przypadku jerkbaitów jednak ma to szczególne znaczenie.

Aby lepiej zrozumieć zasady dotyczące prezentacji tych tajemniczych przynęt, przyjrzyjmy się podstawowym ich typom. Jedne z nich wymagają dość ostrego szarpania wędziskiem, inne delikatnego podciągania a jeszcze inne pracują nawet ściągane jednostajnie. Należy jednak pamiętać, że zwykle najskuteczniejsza okazuje się jak najbardziej urozmaicona praca przynęty. Uzyskujemy to poprzez opanowanie cyklicznych podciągnięć i podszarpnięć połączonych z błyskawicznym likwidowaniem luzów linki. Bardzo istotne są również pauzy między kolejnymi ruchami. Aby poznać optymalną dla danej przynęty kombinację tych elementów należy poćwiczyć różne techniki na płytszej wodzie o dużej przezroczystości. Nasz wabik ma jak najlepiej udawać chorą, osłabioną rybę, która na próżno próbuje zanurkować głębiej. Szybkość i siła ruchów wędziska to już kwestia treningu. Wiele jerkbaitów szarpanych zbyt mocno ma tendencję do zaczepiania dolną kotwicą o linkę. Te należy traktować delikatniej. Inaczej oczywiście pracujemy jerkami tonącymi a inaczej pływającymi, nawet tego samego typu. Wreszcie, po osiągnięciu pewnego stopnia wtajemniczenia, stając nawet nad nową wodą, wiemy którą przynętę z naszej kolekcji wybrać i jak ją zaprezentować.

Omawianie instrukcji obsługi jerkbaitów zacznijmy najbardziej klasycznych modeli. Do nich zaliczymy takie przynęty, jak

„Suick”, Musky Mania „Burt”, Fudally „Reef Hawg” i Salmo „Jack”

Prowadzone jednostajnie nie wykazują one skłonności do najmniejszego ruchu. Dlatego też wielu wędkarzy już po pierwszych rzutach pochopnie zalicza je do wędkarskich zabawek, które może gdzieś tam w Ameryce są skuteczne ale nie u nas. Nic bardziej błędnego. Każda z tych przynęt złowiła niewiarygodną wprost ilość okazów Esoxa. Wszyscy wiemy, że wielkie szczupaki to niepoprawni kanibale. Nie przepuszczą nigdy okazji pożarcia mniejszego przedstawiciela własnego gatunku. Jest to jeden ze sposobów naturalnej regulacji liczebności populacji drapieżników.

Myślę, że tajemnica skuteczności klasycznych jerkbaitów tkwi właśnie w niemal doskonałym imitowaniu ruchów małych szczupaków. Każdy chyba kiedyś widział czym się te ruchy charakteryzują. Przypomina to bardziej wolne przesuwanie się w toni lub skoki do przodu i w bok niż „normalne” rybie pływanie. Tak też należy prezentować naszą przynętę.

Z uwagi na brak steru głębokości, podczas zwijania linki opór jaki stawiają wszystkie jerkbaity jest minimalny. Stąd niezmiernie ważne podczas łowienia tymi przynętami jest nieustanne skupienie wędkującego i kontrola ich pracy. Ekstremalnym przykładem, nawet w całej rodzinie jerkbaitów są wymienione w tytule klasyki – Suick, Burt czy Salmo Jack. Otóż po najdelikatniejszym nawet szarpnięciu, mają one tendencję do dalekiego szybowania w stronę wędkarza. Rzadko skręcają przy tym na boki a ich tor można opisać krzywą „piłokształtną”.

Niezwykle ważne a jednocześnie trudne jest więc w tym przypadku nieustanne utrzymywanie choćby minimalnego naprężenia linki. Bez tego nie ma mowy o wykonaniu zacięcia w momencie brania. Efekt jest taki, że zwykle zacięcia są nieco spóźnione i sporo ryb niestety „spada” w pierwszych sekundach holu.

Prezentując technikę łowienia tymi przynętami należy zwrócić uwagę na różnice w posługiwaniu się modelami pływającymi i tonącymi. Generalnie jerkbaitów pływających używamy w miejscach o głębokości 0,5 – 3 m a tonących 2 – 5 m.

Do omówienia techniki posłużymy się przykładem Jacka 18 firmy Salmo. Po wykonaniu rzutu zatapiamy przynętę kilkoma płynnymi pociągnięciami. Ich ilość uzależniona jest od głębokości łowiska. Maksymalną głębokość nurkowania – czyli ok. jednego metra – Jack osiąga już po dwóch, trzech ruchach. Tak więc na półmetrowej płyciźnie wystarcza jeden ruch po którym można nawet pozwolić przynęcie wypłynąć na powierzchnię.

Również długość pociągnięć musi być uzależniona od głębokości łowiska. Maksymalne zanurzenie osiągamy pracując wędziskiem od poziomu bioder do powierzchni wody. Zdarza się jednak, że aby wyprowadzić przynętę z trzcin lub precyzyjnie przemknąć między wynurzonymi roślinami, musimy trzymać wędzisko uniesione w górę, szarpiąc tuż pod powierzchnią. Następnie w miarę zwiększania się głębokości, opuszczamy szczytówkę w kierunku wody. Po każdym podciągnięciu Jack nurkuje co jakiś czas lekko zbaczając z drogi lub wyskakując w kierunku jej powierzchni. Jednocześnie kołysze się delikatnie gdy zastyga na moment głową w dół.

Jeśli średnia głębokość łowiska jest większa niż 2 m, lepiej zastosować wersję tonącą. Akcja tonącego Jacka nieznacznie różni się od akcji pływającego. Nieco „chętniej” ślizga się on do przodu ale delikatne drgania w czasie postoju są bardzo podobne. Przynęta tonie wtedy powoli ciągle delikatnie kolebiąc się na boki. Działa to na duże szczupaki jak przysłowiowa płachta na byka. Generalnie szarpnięcia wędką w przypadku wersji tonącej powinny być mniej energiczne i bardziej płynne.

Jeśli łowimy w pobliżu brzegu, gdzie dno ostro opada do 4-5 m pod łodzią, należy wykorzystać fakt, że przynęta jest tonąca. Po rzucie odczekujemy aż osiągnie ona odpowiednią głębokość i rozpoczynamy serię długich, spokojnych pociągnięć, przerywanych postojami w czasie których nasz przynęta tonie.

Wszyscy wiedzą jak doskonałym łowiskiem szczupaków jest skraj głębokich trzcin. Jeśli nie są one zbyt gęste warto zaryzykować i wrzucić przynętę jak najdalej i odczekać dosłownie 1-2 sek. Następnie rozpoczynamy szarpanie ze szczytówką uniesioną ku górze. Po wyprowadzeniu przynęty z trzcin stopniowo opuszczamy ją pozwalając Jackowi nurkować głębiej.

Bardzo skutecznym i sprawdzonym patentem jest dołączenie do arsenału podciągnięć i podszarpnięć, delikatnego ruchu nadgarstkiem, który powinien kończyć każdy ruch przynęty. Tak więc każde podciągnięcie wykonujemy wykorzystując ruch całych ramion – od dłoni po barki. Na końcu jednak lekkim ruchem nadgarstka dodajemy przynęcie nieco więcej wigoru. Działa to nieźle w przypadku obu wersji Jacka. Również obie wersje stawiają przed wędkującym wysokie wymagania dotyczące kontroli luzów linki.

Tak więc skuteczne łowienie klasycznymi jerkbaitami, takimi jak Salmo Jack, Burt, Reef Hawg czy Suick, polega na perfekcyjnym opanowaniu i zsynchronizowaniu ruchów wędziska i pracy kołowrotka kasującego luzy powstające na lince po każdym szarpnięciu. Są to najtrudniejsze w „obsłudze” sztuczne przynęty. Trud włożony w naukę opłaca się jednak sowicie. Warto się trochę pomęczyć aby w końcu ujrzeć ogromną paszczę zamykającą się na naszym Jacku w miejscu, w którym wszyscy łowili zawsze 1-2 kg szczupaczk

Kolejną grupą jerkbaitów są przynęty, które nie wymagają zbyt ostrego szarpania. Do uzyskania dobrych efektów zwykle wystarczają delikatne i niezbyt długie podciągnięcia. Są to tzw.

Pullbaity

Za przykład mogą tu posłużyć szwedzki „Zalt”, amerykański „Beliver” czy polski Salmo „Fatso” albo „Warrior”.

Trudno wyznaczyć wyraźną granicę między klasycznymi jerkbaitami i pullbaitami. Ważne jest, aby samemu wypracować jak największy arsenał podciągnięć i podszarpnięć i dopasować go do konkretnych przynęt. Po pewnym czasie sami będziemy w stanie klasyfikować swoje jerkbaity do różnych podgrup a być może nawet tworzyć całkiem nowe rodziny przynęt. Omawiając pullbaity posłużę się wynalazkiem firmy Salmo wprowadzonym na rynek w roku 2001. Był to pullbait o nazwie Fatso, który z miejsca zdobyła wielkie uznanie i rozgłos wśród europejskich łowców drapieżników. Jak twierdzili właściciele sklepów w Holandii była to pierwsza od kilkudziesięciu lat przynęta, po którą ustawiały się kolejki! Ta swoista hybryda jerkbaita i wobblera w krótkim czasie udowodniła że mimo swojej dość dużej wielkości (14 cm) potrafi skusić do brania nie tylko wielkie szczupaki ale też ogromne sandacze.

Technika łowienia na Fatso jest bardzo prosta. Dzięki swojej unikalnej konstrukcji, przynęta ta pracuje świetnie nawet ściągana jednostajnie. Kolebie się wtedy na boki jak błystka wahadłowa. Czasami właśnie taka, bardzo oszczędna praca okazuje się najskuteczniejsza. Nazwaliśmy ją „Moniek style” od imienia wynalazczyni tej techniki – Moniek Rozemeijer.

Zwykle jednak najlepiej działa kombinacja „Moniek style” i miękkich podciągnięć, które sprawiają, że Fatso błyska zwodniczo bokami zwracając uwagę drapieżników. Opór stawiany przez Fatso jest nieco większy niż np. Jacka ale ciągła kontrola naprężenia linki jest tu równie ważna. W zależności od stosowanej wersji i głębokości łowiska, po rzucie rozpoczynamy zwijanie linki lub odczekujemy chwilę, aż przynęta zatonie na odpowiednią głębokość. Dalej prowadzimy naszego pullbaita wspomnianą wyżej techniką. Newralgicznym punktem techniki jerkowania, polegającej na cyklicznych podciągnięciach i szarpnięciach wykonywanych szczytówką wędziska, są momenty postoju przynęty między kolejnymi ruchami wędziska. Z jednej strony zdecydowana większość brań następuje właśnie wtedy. Z drugiej zaś, z uwagi na trudne do uniknięcia luzy linki, które wówczas występują, najtrudniej jest wtedy skutecznie zaciąć atakującą rybę. Problem ten występuje w różnym nasileniu, uzależnionym od doświadczenia wędkarza ale też od warunków panujących na łowisku. Ideałem jest łowienie z zakotwiczonej łodzi w bezwietrzną pogodę. Nie od dziś jednak wiadomo, że brak wiatru to najgorsza pogoda na drapieżniki a najskuteczniejszą taktyką jest szybkie sprawdzanie potencjalnych miejscówek z dryfującej łodzi. Wiatr mamy wówczas z boku co dodatkowo utrudnia obserwowanie linki i kontrolę nad przynętą. Tak powstała technika łowienia pullbaitami, która pozwala w dużym stopniu zmniejszyć ilość pustych brań i poprawić jakość zacięcia. Polega ona na utrzymywaniu wędziska w tej samej linii co linka i unikaniu ruchów szczytówki. Niezbędne przyspieszenia akcji przynęty uzyskujemy po prostu przez okresowe przyśpieszenie tempa nawijania linki na kołowrotek. Efekt jest identyczny a unikamy niebezpiecznych momentów utraty kontroli i dodatkowo zwiększamy zakres ewentualnego zacięcia. Atak drapieżnika rejestrujemy wówczas nawet jako drgnięcie lub nagłe poluzowanie linki. Tak więc obserwowanie jej, szczególnie w momentach „postoju” jest bardzo ważne.

Wbicie dużych kotwic nie jest proste. Nawet jeśli używamy do tego krótkiej i sztywnej wędki castingowej oraz plecionki nie należy lekceważyć siły zacięcia. Jeśli łowimy klasycznie a branie nastąpi w momencie gdy kończymy podciągnięcie szczytówką , na zacięcie zostaje niewiele miejsca. Łowiąc prezentowaną techniką zdecydowanie zwiększamy dostępny kąt zacięcia.

Małą modyfikacją tej techniki jest tzw. „Speedy Gonzales”. Warto tego spróbować kiedy mimo naszych wysiłków szczupaki nie wykazują zainteresowania innymi sposobami. Należy po prostu okresowo przyśpieszyć zwijanie linki do prędkości na jaką nas stać! Następnie przerywamy zwijanie na 2-3 sek. i powtarzamy wszystko jeszcze raz. Trudno to wytłumaczyć ale czasami taki prosty zabieg powoduje nieprawdopodobne efekty w postaci agresywnych brań. Można się wtedy przekonać jak szybki jest drapieżnik jeśli zdecyduje się pochwycić ofiarę. Często widać jak goni przynętę kilka metrów by uderzyć przy samej burcie. Nigdy nie odgadniemy wszystkich tajemnic drapieżników i to chyba w wędkarstwie jest najpiękniejsze!

Glidery

Glidery są najwdzięczniejszą i najłatwiejszą w posługiwaniu się rodziną jerkbaitów. Jeśli ktoś ma zamiar rozpocząć swoją przygodę z jerkbaitami, to zdecydowanie powinien najpierw wziąć do ręki glidera. W ofercie światowych producentów występuje wiele przynęt tego typu.

Nazwa rodziny pochodzi od angielskiego słowa „to glide” – ślizgać się, szybować – i bardzo obrazowo opisuje pracę tych przynęt. Dzięki specyficznej budowie i wyważeniu glidery po każdym szarpnięciu szczytówką, szybują na zmianę w lewo i w prawo. Niektóre z nich w momentach postoju (niezależnie od tego, czy wypływają, czy opadają) kolebią się delikatnie na boki. Jest to dodatkowy atrybut, który cechuje tylko najlepsze glidery. Nieprawdopodobnie zwiększa on skuteczność przynęty zwłaszcza w okresach mniejszej aktywności drapieżników.

Piękne w gliderach jest również to, że można nimi łowić na bardzo wiele sposobów i żaden nie jest zły. To znaczy żadna z tych technik nie wyróżnia się w wyjątkowy sposób jeśli chodzi o skuteczność.

Aby jednak mówić o w pełni świadomym łowieniu na glidera należy postarać się jak najlepiej opanować technikę podstawową czyli tzw. klasyczną zwaną przez amerykanów „walk the dog” czyli spacer psa. Polega ona na wprowadzeniu przynęty w serię naprzemiennych ślizgów, oddzielonych różnej długości przerwami. Amplitudę ślizgów kontrolujemy za pomocą skracania bądź wydłużania czasu ich trwania. Im dłużej pozwolimy przynęcie szybować, tym dalej ma szansę odpłynąć. Oczywiście dystans na jaki odpływa glider jest wprost proporcjonalny do jego wielkości – im większy – tym dalej potrafi odpłynąć. Nie należy raczej dopuszczać do maksymalnego wykorzystania tych możliwości. Łatwo wtedy stracić kontrolę nad przynętą i w efekcie przegapić branie. Należy samemu decydować o długości każdego ślizgu kończąc go kolejnym szarpnięciem. Znowu chodzi o to, aby w możliwie najlepszy sposób utrzymywać kontrolę nad przynętą. Szczególnie istotna jest ona w momentach przerw w zwijaniu linki, kiedy przynęta wypływa lub opada. W sprzyjających okolicznościach (brak wiatru) opad taki może trwać nawet kilkanaście sekund. Osiągamy wówczas głębokości nieosiągalne przy ciągłym prowadzeniu przynęty. W takim wypadku najlepiej jest trzymać wędzisko uniesione ku górze i uważnie obserwować napięcie linki. Na Ryc. … przedstawiono wykorzystanie tej metody do obłowienia górki podwodnej. Lepiej jest w takim wypadku ustawić łódź na szczycie górki i rzucać w kierunku głębokiej wody.

Znając z grubsza głębokość w miejscu w które rzucamy oraz prędkość opadania przynęty, pozwalamy jej opaść stosując prostą metodę odliczania. Następnie przy pomocy omówionej klasycznej techniki z dłuższymi przerwami prowadzimy przynętę do łodzi.

Dużo prostszą choć wbrew pozorom również wymagającą sporej koncentracji, jest tzw. technika szerokich luków. Jak sama nazwa wskazuje nasza przynęta płynie wówczas zygzakiem, zataczając szerokie łuki w lewo i w prawo. Tego rodzaju akcję uzyskujemy wykonując długie, łagodne pociągnięcia wędziskiem. Po każdym pociągnięciu oczywiście jak najszybciej „doganiamy” szczytówką przynętę kasując luz linki. Niestety mimo wysokiego nawet stopnia koncentracji łowiącego trudno jest łowiąc tą techniką uniknąć pustych brań. Jeśli atak drapieżnika następuje w momencie, gdy szczytówka jest odchylona do tyłu po kolejnym pociągnięciu, niezmiernie trudno jest wykonać skuteczne zacięcie.

Bez wątpienia najprostszą ale czasami bardzo skuteczną techniką jest modyfikacja wspomnianej „Moniek style”. Polega to po prostu na wolnym i równomiernym zwijaniu linki. To niesamowite ale czasami właśnie taka oszczędna akcja okazuje się zabójcza w danych warunkach.

Najczęściej jednak najskuteczniejsza okazuje się technika mieszana – łącząca w sobie kilka stylów łowienia. Tak więc warto połączyć kilka z nich nawet w jednym rzucie. Szczególnie na nowym łowisku, kiedy jeszcze nie poznaliśmy upodobań miejscowych drapieżników.

Większość gliderów występuje w wersjach pływającej i tonącej. Wielu wędkarzy uważa że wystarczy mieć tylko tonący model aby łowić skutecznie w każdych warunkach. Obławianie wiosennych płycizn (0,5 – 1 m) wielokrotnie udowodniło jednak, że pływający model skutecznością przebijał w takich miejscach tonący i to kilka razy!

Glidery pływające wybieramy więc do obławiania miejsc o głębokości 0,5 – 2 m. Tonących używamy od 1,5 do 5 m.

Zasada łowienia obiema wersjami przynęt jest nieco inna. Łowiąc modelem pływającym maksymalną głębokość nurkowania (0,5 – 1m) uzyskamy pracując wędziskiem w sposób zdecydowany i szybki (oczywiście szczytówka w dół). W przypadku modelu tonącego aby zanurkować głębiej pracujemy wolno i płynnie, dając przynęcie czas na zatonięcie. Prowadzenie obu wersji blisko powierzchni jest łatwiejsze. Niezastąpiona jednak do obławiania płycizn jest rzecz jasna wersja pływająca. Prowadząc glidera po powierzchni, przerywając zwijanie linki po kilku ślizgach (np. w okolicy większej kępy grążeli) i pozwalając mu poleżeć nawet kilka sekund w rozchodzących się kręgach, jesteśmy w stanie wywabić z gąszczy najbardziej nawet leniwego drapieżnika. Takie brania pamięta się ponadto bardzo długo!

Na koniec chciałbym wszystkim życzyć wytrwałości w odkrywaniu nowych przynęt i technik wędkarskich. Zapewniam że warto! Jestem pewien, że każdy, kogo nie zniechęcą pierwsze niepowodzenia, prędzej czy później zostanie miłośnikiem tej wciąż mało znanej u nas metody połowu drapieżników. Z jerkbaitami na nowo odkryjecie znane sobie łowiska i złowicie ryby, o których istnieniu nie mieliście pojęcia! Będzie to jak odkrycie nowego, wędkarskiego lądu. Niestety istnieje niebezpieczeństwo, że zostaniecie fanatykami castingu.

Ten rodzaj fanatyzmu wydaje się jednak dość niegroźny i całkiem przyjemny!

Piotr Piskorski

 

 

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn