Sum na Horneta 13.08.2005

powrót
Sum na Horneta  13.08.2005
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

13-tego wstajemy dość wcześnie. Mamy do pokonania ok. 60 km do łowiska z czego na część to pseudo-autostrada – tzw. płytówka, a cześć to dość dobra, aczkolwiek dość kręta droga. Na miejsce docieramy trochę po wschodzie słońca, którego przez ciężkie, ołowiane chmury nie było widać.

Chwila na grzeczności, powitanie ze współwłaścicielem łowiska, szybka decyzja na temat wyboru pierwszego miejsca, nieco gorączkowe zbieranie sprzętu z bagażnika i nad wodę! Wybieramy na początek samo centrum zbiornika. Nerwowe uzbrajanie zestawów, baczna obserwacja wody. Może się gdzieś pojawi… Zaczynamy łowienie. Na początek idzie gruby sprzęt. Mamy nadzieję, że uda nam się przetestować choć jeden z zabranych patyków jerkowych. Obydwa to rozemeijer’y. Jeden: jednoczęściowy classic 80-100 g uzbrojony w multiplikator TICA CAIMAN CA 201 z Power Pro 50 lb, drugi nowa seria 2 jerk it 80-120 z abu ambassaduer ultra cast 5601 z 40lb nową plecionką Corastrong. Tak na wszelki wypadek zabrałem również jednoczęściowego 7-mio stopowego Premier’ka o mocy 17lb (do ¾ oz). Ale ten ostatni to na wypadek niewiary we własne umiejętności i ochoty na spotkanie z podobno liczna populacja miejscowych sandaczy.

Na dzień dobry idzie ciężki oręż. Warrior, Fatso 14, Skiner 15, Slider 12 niestety nie przynoszą żadnych rezultatów. Powoli zaczynamy kombinować. Kopyta 15 cm. Jerki Siudaka, największa Rapala DT, obrotówki Guza oraz Xavi’ego, niestety również bez odzewu. Jak w studni, nawet cienia ryby. Teraz nawet zapewnienia współwłaściciela o rybności obławianej wody nie docierają do nas.

Zaczynamy myśleć nad chwila przerwy i zasłużonym (???) śniadaniu. Na horyzoncie widać ciemniejące chmury. W niedługim czasie w oddali przetacza się niewielka burza. Nas ominęła. Wychodzi słońce a my nadal bez kontaktu. Nawet spławu. Po śniadaniu kolejna porcja energii zostaje spożytkowana na dalsze czesanie łowiska. Może chociaż jeden. Malutki. Tyciuteńki. Chociaż jedno branie. Spław. Cokolwiek. Coś na wzmocnienie wiary we własne umiejętności i doboru strategii. Niestety nic… Coraz mniej pomysłów do sprawdzenia. Siadamy spokojnie na trawie i myślimy co by tu jeszcze można zmienić. Ponieważ słońce dość mocno grzeje – choć z przerwami – trawa oraz pozycja horyzontalna wydają się coraz bardziej zachęcające. Robimy przerwę. Mija 15 minut. Dzwoni telefon Marcina. Kolega pyta czy coś może mamy… Pada pytanie: co robimy?… Spoglądam na zegarek. Jest 11:35. Strzelam zupełnie dla jaj: teraz jeszcze nie biorą. Ale będę brały o 12. Więc podziwiamy niebo dalej… Dochodzi punkt 12. Cóż skoro mają brać to trzeba wstać ;) Ze znudzeniem spoglądam na ciężki zestaw jerkowy. Jakoś nie bardzo mam ochotę znowu nim machać. Postanawiam zmienić taktykę i spróbować skusić los w myśl zasady: JEŚLI MASZ DWIE RÓŻNE WĘDKI TO DUŻA RYBA I TAK ZAWSZ WEŹMIE NA TĘ DELIKATNIEJSZA… Chwytam za Premierka, doczepiam na koniec niemal dziewiczego HORNETA 6 PH i DO BOJU. Od razu idę w zakątek zbiornika. Z jednej strony trzciny i brzeg, z drugiej głęboka woda. Dobre 3, może 4 metry. Jeden rzut, drugi rzut, lekkie łowienie może być naprawdę przyjemne… Trzeci rzut i nagle w jednej chwili: wyraźne branie połączone z klapnięciem ogonkiem po powierzchni. Oczy wychodzą z orbit i sam nie mogę uwierzyć. Mam… Naprawdę MAM!!!!

Szybkie sprawdzenie hamulca i wszystkiego co się da. Wygląda ok. Sum momentalnie schodzi do dna i próbuje przymurować. Kijek niby tylko do 21 gram, ale pozwala na delikatne pompowanie… Ja dwa metry do mnie, sum 5 do siebie. I tak przez dobre 5 minut. Przy kolejnym odejściu lekko luzuję hamulec i pozwalam rybie na dłuższy odjazd niż wszystkie do tej pory. Jednak ma to na celu odsunięcie ryby od wysokiego, zarośniętego i utrudniającego ewentualne podebranie ryby brzegu. Kiedy Król jest daleko ode mnie zaczynam marsz wzdłuż brzegu. Zmierzam w stronę bardziej płaskiego i dostępnego brzegu. Sum jakby cos przeczuwa i rusza w moją stronę. Oj będzie ciepło… Zatrzymuje się i ponawiam walkę. Naprężenie kija, przy zachowaniu rozsądnego zapasu ze względu na oryginalne kotwice w Hornecie 6, które niewiele mają wspólnego z BIG GAME. Ale co zrobić. Jak się kusi los to później trzeba się męczyć. Sum na szczęście na ponowne naprężenie zestawu muruje do dna, a na moją próbę pompowania ponownie odjeżdża pod drugi brzeg. No to idziemy dalej w stronę przyjaznego brzegu. Po kilku minutach docieram na miejsce.

Tu mogę sobie pozwolić na większą swobodę. Zaczyna się typowe przeciąganie liny. Kto – kogo??? Kto pierwszy się podda. Kto popełni babola?… W obawie przed wyprostowaniem kotwic oraz pamiętny zdarzeń z ubiegłego weekendu staram się nie forsować kotwic. Gdyby tylko można było jakoś zobaczyć jak jest zapięty i czy kotwice dają sobie jakoś radę…

Mijają kolejne minuty. Sum nie odchodzi już tak daleko, ale wciąż nie daje za wgraną. Ja do siebie, on do siebie. I tak w kółko. 15-20 minut holu. Pojawiają się bąble na powierzchni wody. Dobry znak. Sum zaczyna wyraźnie słabnąć. Dobra nasza! Teraz tylko spokój i opanowanie. Trzeba już spokojnie pomyśleć jak i gdzie będziemy lądować Króla. Wyślizg na pewno odpada ;) Mija jeszcze parę minut. Po raz pierwszy widzę go przy powierzchni. Jest ogromny – przynajmniej tak mi się wydaje. No i ten ogonek… Przy braniu wydawał się jakiś taki malutki. A teraz z połączeniu z łbem…. Cholera tylko żeby nic nie zepsuć… Sum coraz łatwiej daje się podciągać do powierzchni. Marcin schodzi do niego i próbuje go podebrać ręcznie. Najpierw kciuk w mordkę… Może się uda… PUDŁO!… No to jeszcze raz… Znowu nie to… To może chociaż by go tak „pod pachy”???? Tez kiszka… Oj nie będzie łatwo… Na szczęście w zasięgu rzutu boleniówką jest dobrze przygotowany karpiarz z wielkim podbierakiem. Decydujemy się na jego użycie. Oj i tak nie będzie łatwo. Zaraz przy brzegu jest od razu 1,5m. Zaczynamy akcje podbierak… W sumie niby nie jest źle, głowa mu wchodzi, ale co z resztą???? Przecież on ma dobrze ponad 1,5 metra!!! To nie zwarty w swej budowie karp. Za trzecim razem sum podwija pod siebie ogon i udaje się go całego zapakować do podbieraka… Szczerze powiedziawszy, to do tej pory nie wiem jak to się stało… Cóż: więcej szczęścia niż rozumu :D

Nareszcie na brzegu! Jest PIĘKNY. Jest mój… Teraz kilka fotek, niezbędne czynności – mierzenie i ważenie (wymogi łowiska), i żegnaj mały. Pomiary wykazały: 186 cm oraz równe 35 kilogramów. Oczywiście zaraz padają pytania: na co?, jak?, ile walczył?, jaka linka?, jaki kij?, jaki kołowrotek?, Kiedy w odpowiedzi na ostatnie pytanie pokazałem Scultpora spotkałem się z, co najmniej, dziwnym wyrazem twarzy pytającego. O mocy linki (Power pro ok. 7kilo) wolałem nie mówić. W zeszłym roku facet na żywca trafił taką samą bestie. Ok. 34-35 kilogramów. Na kiju JAXON GENESIS 2,7m do 50(albo 60) gram i lince o mocy deklarowanej ponad 15 kilogramów walczył dobrze ponad 1,5 godziny… Mój znalazł się na brzegu po ok. 30-35 minutach…

 Rafał Borysewicz

Salmo HORNET

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn