Ten straszny kanibal

powrót
Ten straszny kanibal
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

Jak wie większość wędkarzy właściwie wszystkie nasze drapieżniki to w większym lub mniejszym stopniu kanibale. Żaden z nich, jeśli tylko nadarzy się sposobność nie pogardzi z pewnością mniejszym osobnikiem własnego gatunku. 

Bez wątpienia najgorszą opinią w tym względzie cieszy się szczupak. Czy jest to opinia zasłużona?

 

W przyrodzie kanibalizm wśród szczupaków występuje w różnym nasileniu w zależności od warunków środowiskowych. W okresie dorastania małych szczupaczków jest to wbrew pozorom zjawisko marginalne. Natura sama broni swojego ulubieńca stosując proste i skuteczne metody zapobiegawcze. Już w czasie tarła możemy zaobserwować pierwsze z nich.

Tarło szczupaków odbywa się porcyjnie. To znaczy, że samica w czasie składania ikry wielokrotnie przemieszcza się w poszukiwaniu korzystnego podłoża zrzucając zawartość gonad w porcjach. Często również wskutek np. załamania pogody tarło ulega przerwaniu a samica przepływa w zupełnie inne miejsce. Oczywiście ciągnie za nią cała gromada „adoratorów” chętnych w każdej chwili do zapłodnienia złożonych jajeczek. Chciałoby się rzec – skąd my to znamy … Dzięki temu ikra rozmieszczona jest na stosunkowo dużym obszarze a młode szczupaczki po wylęgnięciu się mają mniejsze szanse aby na siebie trafić. Kolejnym czynnikiem ograniczającym kanibalizm w tym czasie jest duża zwykle dostępność łatwego do schwytania pokarmu. W wodach słodkich jest to np. wylęg płoci, której tarliska pokrywają się z tarliskami szczupaka. W słonawych wodach Bałtyku natura serwuje młodym szczupakom jeszcze ciekawsze danie. Jest to wylęg bałtyckiej krewetki – garneli (Crangon crangon, Linnaeus, 1758). W okresie od kwietnia do czerwca łatwo można zaobserwować nieprzeliczone chmary tych skorupiaków w trzcinowiskach bałtyckich szkierów. Jest to danie bardzo kaloryczne i zdrowe. Na dodatek o wiele łatwiejsze do schwytania niż wylęg jakiejkolwiek ryby. Drapieżniki korzystają więc chętnie z okazji przyrastając na tym „seafood” bardzo szybko. Kolejnym czynnikiem ograniczającym bratobójstwo na obszarze tarlisk jest również stosunkowo niewielkie zróżnicowanie szczupaczków pod względem wielkości. Wszystko to w połączeniu z ich niewielką ruchliwością powoduje, że rzadko zjadają się nawzajem.

W warunkach hodowli sztucznej jednak, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Wystarczy zostawić narybek szczupaka bez kontroli na kilka dni a z tysięcy sztuk w zbiorniku zostaną nam setki. Bez wątpienia też jeśli nadal zostawimy to towarzystwo same sobie, po krótkim czasie w zbiorniku zostanie tylko jeden, ale za to wyrośnięty osobnik, który de facto będzie najskuteczniejszym mordercą. Hodowcy radzą sobie z tym problemem na różne sposoby i nie jest to dla nich nic nowego. Najprostsze zabiegi to intensywne dokarmianie i utrzymanie stałego, niskiego oświetlenia (kanibalizm nasila się przy jego zmianach). Jedynym sposobem jednak aby uniknąć znacznych strat, jest jak najwcześniejsze wypuszczenie wylęgu do jeziora czy rzeki.

W późniejszym okresie życia drapieżników sprawa nie wygląda już tak prosto. Wprawdzie szczupaki nadal raczej niechętnie wędrują i dlatego rzadko trafiają na siebie. W niektórych okresach jednak, szczególnie w czasie tarła, musi dojść do spotkań osobników o różnej wielkości (samce są o wiele mniejsze od samic) i w różnym temperamencie (np. gotowości do godów). Drugi taki moment to późna jesień, kiedy obumiera roślinność zanurzona i małe szczupaki tracą naturalne schronienia. Wtedy właśnie dochodzi do masowych aktów kanibalizmu. Zupełnie inna historia to zbiorniki, w których z pewnych względów populacja szczupaka zdecydowanie dominuje (tzw. monokultura). Jest ich tak dużo, że praktycznie odżywiają się wyłącznie osobnikami własnego gatunku.

Każdy, kto choć raz łowił w łowiskach gdzie populacja tego drapieżnika była duża musiał spotkać osobniki z wyraźnymi śladami po zębach większych pobratymców. Po szerokości rozstawu tych śladów można z pewnym prawdopodobieństwem próbować oszacować wielkość właściciela morderczych szczęk. Nierzadkie są też przypadki ataków niewiele się różniących od siebie wielkością okazów szczupaka. Jeśli jeden chwyta drugiego „w pół” to zwykle kończy się na wspomnianej pamiątce w postaci mrożących krew w żyłach blizn. Co innego jeżeli podobnej wielkości drapieżniki spotkają się „oko w oko”. Znane są przypadki znalezienia dwóch ryb z których jedna udławiła się śmiertelnie próbując połknąć drugą.

Szczupak jest w większości zbiorników drapieżnikiem „ostatecznym”. Wśród ryb zagrozić mu może jedynie sum. Tak więc podobnie, jak u drapieżników lądowych, tak i wśród szczupaków występuje zjawisko terytorializmu. Jeśli pokarmu jest pod dostatkiem drapieżniki te tolerują obecność innych osobników swojego gatunku nawet w niewielkiej odległości. Jeśli jednak pokarmu jest za mało – rozpoczyna się wojna.

OK. – sprawa jest jasna – szczupak to kanibal. Jakie więc z tego płyną -

 

Wnioski dla wędkarzy

 

Pierwszy wniosek jest bardzo oczywisty – każdy wędkarz polujący na szczupaki powinien mieć w swojej kolekcji imitacje tego drapieżnika. Czasy, kiedy wystarczyło mieć w pudełku kilka wahadłówek (spoons) w kolorach srebrnym i złotym dawno już minęły. Teraz aby łowić więcej i większych ryb niż koledzy musimy się bardziej postarać. Niezbędne jest przy tym nie tylko poznawanie nowych i doskonalenie starych technik połowu. Ważne jest również testowanie nowych przynęt na starych, dobrze znanych łowiskach. Takie zabiegi przynoszą często niespodziewane rezultaty. Wielokrotnie byłem świadkiem nieprawdopodobnych wręcz sytuacji. Oto w miejscach zdawałoby się przełowionych wszystkimi przynętami przez niezliczoną rzeszę wędkarzy, po zastosowaniu imitacji szczupaka „ujawniał się” okaz, którego nikt by się tam nie spodziewał! Jeden z takich wypadków miał miejsce na dużych zawodach o puchar polskiego pisma „Wędkarski Świat”. Stu dwudziestu wędkarzy obławiało wówczas jeden koniec jeziora Szeląg koło Olsztyna. Złowiono kilkadziesiąt szczupaków o masie 1-3 kg głównie na przynęty miękkie. Mnie udało się wyjąć największą rybę o długości 96 cm na jerkbaita imitującego szczupaka (Salmo Jack 18). Pod koniec zawodów, kiedy woda była już „mocno zmęczona” za tą samą przynętą przypłynął mi do łódki okaz, którego w Polsce ani przedtem, ani później ni widziałem – ryba o masie dobrze ponad 10 kg! Świadkami byli wędkarze na sąsiednich łódkach, którzy byli święcie przekonani, że przy pomocy swoich „gumek” przewrócili w tym miejscu każdy patyk i listek na dnie.

Wielokrotnie podczas wczesno wiosennych połowów okazywało się też, że imitacje szczupaka znacznie przewyższały skutecznością inne przynęty. Jesienią natomiast brań na te imitacje jest mniej i różnica skuteczności nie jest aż tak wyraźna. Ja jednak pozostaję im wierny gdyż wiem, że prędzej czy później będę miał dzięki temu kontakt z wyjątkowym okazem.

O skuteczności imitacji szczupaka wiedzą oczywiście producenci. Każda firma specjalizująca się w przynętach do połowu Esoxów ma swojej ofercie coś w tym typie. Znajdziemy więc różne imitacje lepiej lub gorzej naśladujące barwy i kształt małego szczupaka. Są to zarówno przynęty miękkie jak i wahadłówki (spoons) oraz  crankbaity, twitchbaity i jerkbaity. Są wśród nich modele jedno i wieloczęściowe. Są głęboko i płytko nurkujące oraz powierzchniowe. Niektóre uniwersalne a inne szczególnie polecane do trollingu. Przy wyborze określonego typu przynęty jak zwykle warto przeanalizować sprawę pod różnymi względami.

Pierwsza sprawa, nad którą warto się zastanowić to –

 

Wielkość przynęty

 

Czy przynęta może być za duża na szczupaka? Biorąc pod uwagę badania ichtiologiczne trudno sobie to wyobrazić. Optymalną wielkość ofiar tego drapieżnika ichtiolodzy określają jako 10% masy jego ciała. Znaczy to, że aby np. dziesięciokilogramowy drapieżnik nie tylko utrzymał się w dobrym zdrowiu i kondycji i mógł corocznie przystępować do tarła ale również aby dodatkowo mógł maksymalnie przybierać na wadze, musi mieć dostęp do ofiar o masie co najmniej 1 kg. A co z okazami o masie 20 kg? Aby nadal rosnąć taki potwór musi mieć pod dostatkiem dwukilogramowych ofiar! Oczywiście w naturze zmuszony jest zadowolić się dużo mniejszymi rybami w dodatku o różnym współczynniku  atrakcyjności pokarmowej. Kilogramowy leszcz jest oczywiście dużo mniej wydajnym kalorycznie kąskiem niż takiej samej wielkości szczupak. Nie dość, że mięsa w nim niewiele to połykanie takiego „półmiska” zabiera sporo pozyskanej energii. Możemy być więc pewni, że nawet bardzo duża, odpowiednio zaprezentowana imitacja szczupaka nie zostanie zlekceważona przez znajdujący się w pobliżu okaz.

Tak więc jeśli polujemy na życiowy okaz to zastosowanie przynęt o długości 20 i więcej centymetrów to żadna przesada! W praktyce rzecz jasna wielkość przynęty limitowana jest nie tylko wyobraźnią wędkarza ale też fizycznymi możliwościami jego sprzętu. Trudno bowiem wyobrazić sobie rzucanie wobblerami o długości 40 – 50 cm. Owszem, są takie ale służą wyłącznie do trollingu. Planując powiększenie kolekcji swoich przynęt o imitacje szczupaka, należało by więc po pierwsze wziąć pod uwagę ciężar rzutowy swojego wędziska. Nie trzeba rzecz jasna od razu strzelać z armaty. Wiele okazów skusiło się na stosunkowo niewielkie przynęty. Prędzej czy później trafimy jednak na łowisko, w którym kilkadziesiąt brań dziennie nie jest problemem. W takich warunkach, w dość krótkim czasie większość wędkarzy ma dość łowienia „kto więcej”. Takie miejsce i czas są właśnie dobre do spróbowania broni „specjalnej” na okazy. Rozsądnym kompromisem są w tym wypadku przynęty o długościach 16-18 cm. Oczywiście aby myśleć o wygodnym rzucaniu takimi przynętami i skutecznym zacinaniu biorących ryb trzeba dysponować odpowiednim sprzętem. Wędka nie musi być długa. Wystarczy 2,4 m a do jerkbaitów nawet 2,1 m. Musi być natomiast bardzo mocna i sztywna. Do przynęt o masie ponad 50g najlepszy jest zestaw castingowi z multiplikatorem. O jego zaletach pisałem już na łamach naszego pisma przy okazji tekstu o jerkbaitach (Rybolov Elite 5/2007). Do tego dobrej jakości plecionka i sprawdzony przypon, który ochroni ją przed zębami drapieżnika. Do trollingu lepsza jest nieco dłuższa wędka – nawet do 3 m. Rozstawiając dwie takie wędki z dwóch burt łodzi obławiamy dzięki temu pas o szerokości około 5 m.

Imitacji szczupaka jest sporo. Tak więc jednym z kluczy do sukcesu jest -

 

Odpowiednie dobranie typu przynęty do łowiska.

 

Zastanówmy się gdzie może nastąpić spotkanie dużego szczupaka z małym? Wiadomo, że małe drapieżniki do momentu osiągnięcia masy 2 kg zdecydowanie preferują płycizny – miejsca o głębokości do 3 m. Tam też najczęściej dochodzi do spotkania oko w oko z „mamą”. Rzecz jasna do połowu na takich głębokościach można użyć właściwie wszystkich rodzajów przynęt sztucznych – wahadłówek (spoons), obrotówek (spinners), przynęt miękkich (soft plastik baits) i przynęt twardych (hard baits) – takich jak woblery i jerkbaity. Moimi ulubionymi przynętami są przynęty twarde. Zdecydowanie najlepiej można nimi imitować nie tylko wygląd ale przede wszystkim zachowanie małych szczupaczków. Na pewno każdy z was miał kiedyś okazję obserwować charakterystyczny sposób poruszania się młodych osobników tego gatunku. Ma to niewiele wspólnego z poruszaniem się takich ryb jak płoć (roach), okoń (perch) czy ukleja (bleak). Drobnica tych gatunków nieustannie przemieszcza się w poszukiwaniu pokarmu. Pływa w różne strony we wszystkich płaszczyznach, myszkując i błyskając nieustannie srebrzystymi bokami. Imitując te gatunki należy więc mieć to na względzie. Podobne ruchy powinna wykonywać też nasza przynęta. W przypadku małych szczupaków sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej. Większą część dnia spędzają one „zawieszone” w toni wodnej, najczęściej pod osłoną kępy roślin lub trzcin, w oczekiwaniu na ofiarę. Przemieszczają się natomiast zwykle bardzo wolno, równolegle do dna, lekko tylko poruszając płetwami. Zaniepokojone lub spłoszone uciekają charakterystycznymi „skokami” szukając lepszej kryjówki. Właśnie z tego względu momenty „zawieszenia” przynęty są tak istotne dla jej skuteczności. Oczywiście taki zabieg nie jest możliwy do wykonania przy użyciu wszelkiego rodzaju spoons albo spinners ani przynęt miękkich. Idealne są natomiast do tego właśnie wobblery i jerkbaity. Niezależnie od tego, czy są tonące czy pływające, przy odrobinie wprawy można przy ich pomocy znakomicie udawać zachowanie małych szczupaków.

Zastanawiając się nad wersją wobblera na dane łowisko zawsze należy pamiętać o głębokości, na jakiej planujemy prezentować przynętę. Generalna zasada jest taka –

 

Lepiej za płytko niż za głęboko

 

Wyjątkiem od tej reguły w połowach szczupaków jest tylko bardzo głęboki trolling i to w niewielu wypadkach (np. jamy na dużych rzekach). Zdarza się wtedy, że najskuteczniejsza jest przynęta, która dosłownie „dziobie” sterem dno.

W przypadku obławiania łowisk o głębokościach do 3 m zdecydowanie lepsze efekty uzyskamy prowadząc przynętę nawet pod powierzchnią niż po dnie. Zwykle ideałem jest prezentacja w połowie głębokości. Tak więc jeśli łowimy na płyciźnie (0,5 – 1,5 m) najlepsze rezultaty osiągniemy stosując wobblery pływające z małym lub średnim sterem lub pływające jerkbaity. Na wodzie głębszej – 2 – 3 metrowej lepsze będą wobblery z większym sterem lub tonące jerkbaity. Sposób prezentacji przynęty uzależniamy nie tylko od głębokości. Często zdarza się, że płycizny są gęsto zarośnięte roślinnością podwodną, której szczyty sięgają nieraz do powierzchni wody. Wówczas, nawet jeśli głębokość jest większa niż 3 metry, warto posłużyć się płytko nurkującymi przynętami. Nie ma sensu narażać się na niepotrzebne czepianie łodyg roślin podczas, gdy żerujące drapieżniki czatują w takich miejscach „w pół wody”.

Przy wyborze typu przynęty warto też uwzględnić charakter łowiska. Jeśli rzucamy na wodę o głębokości 0,5m – 1 m a pod łodzią jest podobna głębokość to idealny będzie tu crankbait w wersji Shallow Runner – z bardzo małym sterem. Taka przynęta, nawet jeśli znacznie przyśpieszymy zwijanie linki nie zanurzy się głębiej niż 0,5 m. Unikamy dzięki temu czepiania zielska a poza tym dajemy sobie szansę na zastosowanie starego tricku. Duże szczupaki często płyną za przynętą nie mogąc się zdecydować na atak. Zdarza się, że odprowadzają przynętę do burty łodzi ostatecznie rezygnując z ataku. Jedynym wyjściem z takiej sytuacji jest zdecydowane przyspieszenie zwijania linki połączone z pociągnięciami szczytówką wędziska. Imitujemy w ten sposób zachowanie ofiary, która czując „oddech potwora” na ogonie próbuje w ostatniej chwili uniknąć swojego tragicznego losu. Można zastosować w takim miejscu wobblera z większym sterem prowadząc go bardzo wolno z uniesionym wysoko wędziskiem. W momencie przyśpieszenia jednak zawsze ugrzęźnie on w zielsku ostatecznie odbierając nam szansę na sprowokowanie okazu.

Jeśli natomiast dno naszego łowiska opada ostro od jednego do 3-4 metrów pod łodzią, dużo lepiej jest zastosować w takim miejscu model szybko nurkujący. Sprowadzamy go wówczas na głębokość 1,5 – 2 metry i rozpoczynamy właściwe łowienie, czyli zestaw podciągnięć i przerw w zwijaniu linki. Cały czas staramy się utrzymać przynętę w połowie głębokości wody.

Podstawowym kluczem do sukcesu jest jednak w każdym przypadku prezentacja przynęty. Niezależnie od tego, czy jest to wobbler czy jerkbait, należy go prowadzić skokami o długości od 30 cm do 80 cm. Najważniejsze jednak w całej prezentacji są przerwy w zwijaniu linki w czasie których przynęta wypływa w kierunku powierzchni (pływająca) lub wolno tonie. Niezwykle istotne jest przy tym aby cały czas utrzymywać z nią jak najdoskonalszy kontakt. Jeśli dopuścimy do powstania luzu linki to na branie możemy zareagować zbyt późno. W ekstremalnych przypadkach (np. silny wiatr z boku, wysoka fala kołysząca łodzią) w momencie dekoncentracji łatwo w ogóle przegapić kontakt drapieżnika z przynętą.

Jeszcze trudniej kontrolować pracę przynęty jeśli stawia ona minimalny opór w wodzie. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku łowienia na -

 

Jerkbaity

 

Chociaż bez wątpienia są to przynęty dość trudne w obsłudze i wielu wędkarzy wciąż nie może się do nich przekonać, warto spróbować. Jerkbaity są bowiem z racji konstrukcji jakby wymyślone jako imitacja szczupaka! Mówię tu rzecz jasna o klasycznych jerkbaitach – takich, które ciągnięte jednostajnie nie mają ochoty na najmniejszy nawet ruch ogonem. Klasyki takie, jak Suick, Burt czy Salmo Jack 18 złowiły już niezliczoną ilość wielkich okazów szczupaka w wielu krajach świata. Najlepsi fachowcy w połowach okazów tego gatunku nie mają wątpliwości, że wśród przynęt twardych właśnie te są w większości przypadków niemal stuprocentową gwarancją na branie życiowego okazu.

Niezależnie od pływalności danego modelu można nim, przy pewnej wprawie, do złudzenia imitować charakterystyczny sposób poruszania się małych drapieżników. W przypadku Jacka firmy Salmo, który dodatkowo wyróżnia się świetnym odwzorowaniem ubarwienia szczupaka, efekt jest taki, że atakują go nawet zupełnie małe osobniki tego gatunku. Trudno często stwierdzić dlaczego. Jedno jest pewne – jest to bardzo skuteczna przynęta nie tylko na okazy. Wielokrotnie udowadniałem kolegom na łódce, że potrafi być skuteczniejsza od każdej innej. Niestety klasyczne jerkbaity mają jedną wadę. Ponieważ niemal nie stawiają oporu w wodzie, bardzo trudno kontrolować ich pracę. Łowienie nimi jest więc paradoksalnie dość meczące. Wymaga bowiem nieustannego skupienia i kontroli naprężenia linki. O technice połowu na te przynęty pisałem szczegółowo w artykule o Jerkbaitach.

Przynęty te są duże – mój ulubiony Salmo Jack ma 18 cm długości. Mimo, że uzbrojone są w duże kotwice, wiele ryb nie udaje się skutecznie zaciąć. 90% brań ma miejsce w momencie zatrzymania przynęty.  Mniejsze sztuki – takie 3-5 kg po osiągnięciu pewnej wprawy zacinamy dość skutecznie. Niestety te, na których nam najbardziej zależy potrafią w jakiś magiczny sposób bardzo pozbyć się haków często nawet po zacięciu. Może więc nie warto się męczyć? Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Miałem na Jacka więcej brań okazów niż na jakiekolwiek inne przynęty. Widziałem złowione na niego ryby, o których wielu wędkarzy może tylko śnić! Jestem też pewien, że jeśli pewnego dnia los pozwoli mi pobić rekord życiowy szczupaka to przynętą będzie właśnie Jack!

 

Pozdrawiam wszystkich prawdziwych ŁOWCÓW! Tych, którzy dość mają łowienia małych ryb. Imitacje szczupaka to przynęty właśnie dla Was! Używając ich pamiętajcie jednak o porządnym sprawdzeniu sprzętu – wytrzymałości linki i agrafki a także ostrości haków. Nie bawcie się miękkimi kijkami na małe rybki! Wielkiego szczupaka z paszczą wielkości wiadra trzeba zaciąć naprawdę mocno. Potem to już kwestia rutyny.

Może właśnie w waszym tak dobrze znanym jeziorze czeka przygoda marzeń? Sprawdźcie to koniecznie i dajcie mi znać. Powodzenia!

 

Piotr Piskorski

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn