• PL
  • EN
  • RU

Wędkarska Szkoła Przeżycia Tadzia Ćwika!

powrót
Wędkarska Szkoła Przeżycia Tadzia Ćwika!
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

 

 

Pracuję za komputerem i… co jakiś czas – automatycznie – zerkam na Skyp’a. Każdy dzwonek sygnalizujący połączenie ze światem powoduje, że klika mi w głowie -  może to telefon ze Stanów…? Może dzwoni Tadek Ćwik…? Niestety… przypominam sobie i głęboko wzdycham z żalem, że już Go nie ma! Nie zadzwoni, odszedł od nas niespodziewanie i na zawsze… Znając Tadka aż nie chce mi się wierzyć, że tak wcześnie odszedł od nas taki „macho”…!!!, Żal mi za serce ściska, że utraciłem wspaniałego przyjaciela…, przepadło wiele naszych wspólnych planów i zostały tylko wspomnienia…

Cóż, i Wy Go znaliście, więc nie będę się rozpisywał ani o człowieku, ani o wędkarzu. Miałem ogromną przyjemność, powędkować z Tadkiem w Mongolii a potem zaprezentować czytelnikom jego witalność, sukcesy wędkarskie i porady, cytując w książce relacje wyciągnięte od Ćwika po naszym powrocie do Polski. Przeczytajcie więc lepiej jego słowa…

 

Kończę, bo „mnie [też] się nie wolno denerwować…”

 

POŁAMANIA KIJA TADZIU…!

 

Bolek Boleebaatar Uryn

 

 

 

 

Książka: MONGOLIA spinning, tajmienie i… szczury

Autor: Bolesław Uryn, seria – „Survival z ludzką twarzą”, Oficyna Wydawnicza „REWASZ” 2009r.

 

Rozdz. 12 str. 76 Wędkarska Szkoła Przeżycia Tadzia Ćwika!

 

[…] nad rzekę dotarłem o świcie. Śnieg pięknie oblepiał gałęzie drzew i krzewów. Był niewielki mróz i Dunajec przy brzegach pokryty był już lodem. Człapałem w śniegu pokrywającym pole grubą warstwą. Szedłem brzegiem szukając dobrego łowiska, gdy nagle zobaczyłem wystające z krzaków czyjeś nogi obute w wielkie kalosze. Aż mi się zrobiło gorąco. Nic, tylko trup jakiegoś zamarźlaka! Rozchyliłem gałęzie i… zobaczyłem oparty spinning i wędkarza w neoprenowych śpiochach, z plecaczkiem pod głową, skrzyżowanymi na piersi rękoma i… smacznie chrapiącego w śniegu. Gdy ruszyłem go ratować ten otarł śnieg z oczu i spokojnie zapytał – biorą?

Okazało się, że Tadziu przyjechał na ryby zbyt wcześnie i w tak nietypowy sposób postanowił przeczekać do świtu. Po kilku godzinach snu w krzakach twardziel ruszył – jak gdyby nigdy nic – wraz ze mną na ryby. Łowiliśmy razem cały ten dzień i następny. Nawet nie miał kataru!  A jak Tadeusz pięknie łowił! Majstersztyk! Wrócił z piękną głowacicą…

Tak mój kolega Piotr wspominał incydent, kiedy poznał Tadeusza, słynnego pogromcę polskich tajmieni (głowacic).

 

Mnie się nie wolno denerwować!

Z obu  pasjonatami wędkowania pojechałem na ryby do Mongolii. A tam bywało różnie. Wiał huraganowy wiatr i cierpieliśmy w burzy piaskowej, Bywał upał i nocne przymrozki. Ale zawsze Tadeusz i Piotr byli „na pierwszej linii frontu”. Jednak najbardziej imponowali mi łowiąc nocą wielkie tajmienie.

Jak to się odbywało? Moment. Zanim dopuszczę Tadzia do głosu to najpierw muszę Wam opisać scenografię i warunki takiego połowu. Przygotujcie się na najgorsze…

Poziom wody w rzekach Mongolskich był w tym roku wyjątkowo, wręcz katastrofalnie, niski. Powodem była najpierw bezśnieżna zima, potem upalne i bezdeszczowe lato. Jeśli do tego dodać krystalicznie czystą wodę w rzece Czuluut, to nic dziwnego, że wielkie, te największe tajmienie spędzały dzień w jakiejś szczelinie czy jamie, a żerowały dopiero po zmierzchu. Z tego powodu już po kilku dniach łowienia wszyscy przestawili się na dosłownie wędkarski survival, czyli spinningowanie nocne.

Czuluut – górska rzeka – miała w tym miejscu szerokość sięgającą miejscami z 60 80 m. Toczył tak wartko wody, że przejście na drugi brzeg (oczywiście w najpłytszym miejscu) wiązało się już poważnym ryzykiem wywrotki i popłynięcia z wodą.  Nawet utonięcia. Ale sam napór prądu wody to jeszcze nic, ponieważ przeprawa odbywała się po głazach i kamieniach dennych, pełnych szczelin i śliskich jak cholera! Cud, że żaden z nas nie skręcił, czy nie złamał nogi, nie skąpał się ani – nie daj Boże – utonął! A jak na kotwicy pojawiała się ryba, to już zaczynał się horror powodowany koniecznością przemieszczania się rzeką za nią, czy powrotu do brzegu. Walka z wielkim tajmieniem łączyła się wtedy z prawdziwą ekwilibrystyką na śliskich, dennych głazach, z walką o szczęśliwy powrót – cało i zdrowo, na stały ląd.

Od czasu do czasu, w zakolach i zatoczkach, rzeka nęciła wędkarza plackami równego i czystego piaseczku. Nic bardziej złudnego i groźniejszego, bo tam czaiło się kolejne niebezpieczeństwo. Ten iłek, naniesiony i osadzony tam przez wodę, zasysał kalosze. Po chwili stania w bezruchu, przy konieczności postąpienia kolejnego kroku, okazywało się, że stopy są zacementowane w dnie. I nie daj Boże było o tym było zapomnieć! Gdy trzeba było szybko ruszyć to groziła utrata równowagi, bowiem nie można było wyrwać nóg z dna. Wywrotka, kąpiel, połamanie kija… By wydostać się z iłu to trzeba było ruszać się wolno i ostrożnie. Najpierw przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Potem kręcić odciążoną stopą. Uwolnić najpierw jedną, potem drugą nogę. A to trwało.

Pewnie od razu radzicie mi by darować sobie wchodzenie do wody, a przemieszczać się brzegiem i łowić z twardego lądu. Gdyby tylko tak było można… Przepiękny brzeg górskiej rzeki idealnie nadawał się, ale do… robienia malowniczych fotografii alpinistycznych, a nie do wędrówki i machania kijem. Strome skały nadbrzeżne, głazy wielometrowej wysokości, kamienie, powalone drzewa ze sterczącymi gałęziami, krzaki. Strome stoki, osypujące się skarpy, gąszcz krzewów unieruchamiających stopy, moc kolczastych krzaków rozrywających ubranie, wydłubujących oczy, czepiających się do kija, gęstwina drzew nie do przebycia z trzymetrowym spinningiem w ręce. I nieustająca wspinaczka. Do góry na wielki głaz, na czworakach po skarpie, przez chaszcze, po stromym zboczu do góry, a potem z drugiej strony tak samo w dół… Miejscami trzeba było – jak alpinista – drapać się (lub schodzić) wiele metrów po skalnym zboczu. Skakać z kamienia na kamień. W końcu, któregoś dnia w notesie zapisałem sobie: […] jesteśmy już bardzo zmęczeni. Szczególnie bolą nas nogi. To z powodu tych codziennych, kilkunastogodzinnych i wielokilometrowych marszy ze spinningami i od tej nieustającej wspinaczki po głazach i po górach. Wspinaczki odbywanej nie w eleganckich bucikach przeznaczonych do tego celu, ale w niezgrabnych i ciężkich gumowych woderach, czy neoprenowych śpiochach. Ja mam już tak obolałe kostki stóp, że wędkuję coraz mniej i coraz bliżej obozu. A od rzucania ciężkich przynęt, ciężkim spinningiem, boli mnie prawy bark.

Tak wyglądały atrakcje wędkowania w Mongolskiej, górskiej rzece W CIĄGU DNIA! Przy świecącym słoneczku i niebieskim niebie. W sytuacji, gdy zazwyczaj w zasięgu wzroku i krzyku był wędkujący kolega. Ale nieodparta pasja moich kolegów goniąca ich za wielkimi tajmieniami, spowodowała, że zaczęli łowić także nocą. W ciemnościach wielokrotnie przeprawiali się przez rzekę, nocą wędrowali zarówno jej korytem, jak i brzegiem. Przez te wszystkie krosowo – skałkowe tereny, w „egipsko – Mongolskich” ciemnościach, pomagając sobie tylko niewielką naczołową latarką[1].

I tak codziennie do 2-3 w nocy.

A potem jeszcze wracali do obozu. Przez ten straszny i nawet za dnia niedostępny teren, na dodatek, – co za poświęcenie – z wielką rybą na placach. Powiedzcie sami – czy nie trzeba było być zupełnym „wariatem”, by dodatkowo, tachać do obozu śliską i mokrą zdobycz, kilkunastokilowe trofeum, po ciemaku, przez wiele kilometrów strasznego terenu, dla celów ichtiologicznych -  pomiarów, pobrania łusek, kości operkularnych, zbadania zawartości żołądka, stanu skrzeli itd…[2] I – na koniec – do fotografii i gara wiecznie głodnej grupy?

Z kolei ten „mądrzejszy” wędkarz, starszy i już nasycony rybami Mongolskimi, (czyli – ja), siedział w obozie do rana podsycając ogień ogniska i czekając z gorącą herbatą, kolacją (i niepokojem w sercu) na powrót marnotrawnych dzieci. Z hukiem spadał mi kamień z serca, gdy w świetle ogniska pojawiała się wreszcie ostatnia, cała i zdrowa sylwetka umordowanego wędkarza. Skręcała mnie zazdrość, gdy podziwiałem trofea delikatnie układane na trawie przy ognisku.

A potem – kochani – było to, po co również wszyscy pojechaliśmy na ten koniec świata. Przy świetle i cieple ogniska królowały: gorąca herbata, łyk (czasem dwa) „Jasia Wędrowniczka” (przeciwko przeziębieniu) i wspomnienia, pogaduszki, opowieści wędkarskie, żarty i śmiechy… Resztki żarcia wyskrobywano z dna kociołka, (co za apetyty!), a dyskusje i przechwałki trwały do białego rana…

A potem ja szedłem spać do namiotu, a koledzy znowu wyruszali na ryby. Jeden za drugim brał spinning i o świcie ruszał na „drugą szychtę”. No, bo jak tu spać – mówili - jeśli naokoło Bozia dała nam takie góry, wody, ryby…  jedynie na moment! Grzech! Wyśpimy się i odpoczniemy w domu.

Nawet mi nie gadaj – mówił do mnie Tadeusz, gdy usiłowałem namawiać go do pozostania w obozie. Do odpoczynku i snu. Nawet nie gadaj – bo… bo… mnie się nie wolno denerwować!

 

Powiedzenie Tadeusza: „bobo…  mnie się nie wolno denerwować” – przeszło do nieśmiertelności i do dzisiaj jest naszym najpopularniejszym, ulubionym porzekadłem wyprawowym. Jeszcze dodam, że mój przesympatyczny kolega ma ze 190 cm wzrostu i podobnie słuszną wagę, składającą się głównie z wysokowydajnych mięśni. „Śmiercionośne” łapy jak bochny chleba, nerwy ze stali i masę dobroci w sercu. Nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Jest wspaniałym kolegą, w mig zdobywającym oddanych przyjaciół. Człowiekiem, z którym chętnie wybrałbym się na każdą ekstremalnie ciężką i niebezpieczną, survivalową wyprawę. No i niesamowitym wędkarzem.

 

            Drogi Czytelniku, w tym prawdziwym, autentycznym wędkarskim survivalu przodował Tadeusz i jego poprosiłem o relację ze złapania nocą wielkiego tajmienia i porady dla Was. Nie będę ukrywał, że długo trwało czekanie (wybacz Bolek, wiesz – jeździłem na ryby…, był puchar głowatki…, tłumaczył mi się wielokrotnie przez telefon, ale za to – o… w Dunajcu złowiłem, głowacicę 14 kilową!).

W końcu doczekałem się. Proszę, teraz wy – czytajcie…

 

 

Crash test” wędkarza  (relacja Tadzia Ćwika!)

Już w pierwszych dniach pobytu nad Czuluutem w wybraliśmy się z Piotrem  na nocny połów tajmieni. We dwójkę było raźniej i bezpieczniej. Chcieliśmy sprawdzić, czy nocą tajmienie są mniej ostrożne niż za dnia i czy po ciemku wielkie ryby będą chętniej atakowały nasze przynęty. Poszliśmy w miejsce, w którym wcześniej łowiliśmy za dnia i gdzie mieliśmy już spotkania z wielką rybą. Dokładnie pamiętaliśmy jak tam dotrzeć, ale i tak nocna wędrówka sprawiła nam wiele kłopotu i zajęła dużo czasu.

Zaraz po wyjściu z obozu zeszliśmy w dół wyschniętym korytem rzeki, pokonując po drodze dwa progi skalne. Ostrożnie zeszliśmy po wielometrowych, pionowych skałach („alpinistyka skałkowa” w woderach i śpiochach z neoprenu! – uw. wł.). Potem musieliśmy przeprawić się na drugi brzeg rzeki przez bród będący końcówką płani. Woda sięgała nam zaledwie po kolan, czasami do bioder, ale zaczynała się bystrzyna, więc musieliśmy przechodzić wolno i ostrożnie trzymając się wzajemnie splecionymi na barkach rękoma[3].

Do łowiska mieliśmy jakieś trzy kilometry i jeszcze dwukrotnie musieliśmy forsować rzekę. Ciemno było tak, że „choć oko wykol”. Skąpe światła latarek niewiele pomagały i wcale nie ułatwiały i przyśpieszały marszu. Dużą trudność sprawiły nam wzniesienia usłane głazami powulkanicznymi i powalone drzewa ze sterczącymi gałęziami. Słowem – już sama droga na łowisko zafundowała nam survival pełną gębą!

W pewnym miejscu Piotr postanowił zostać i rozpocząć łowienie. Ja poszedłem trochę dalej. Oddalając się od kolegi, co pewien czas dawałem mu sygnały latarką i nawoływałem, a on tak samo odpowiadał. Umówiliśmy się tak po to, by każdy z nas wiedział gdzie jest ten drugi i by móc wezwać go na pomoc.

By dotrzeć do zaplanowanego miejsca – tam, gdzie dzień wcześniej miałem wielkiego tajmienia, który po pasjonującej walce odłamał mi hak kotwicy i uciekł (nie bez pomocy Piotra), to musiałem skakać po głazach jak kozica i przedzierać się przez gąszcz zarośli. Wszystko w ciemnościach, z wątłym światełkiem na głowie, świecącym wszędzie, ale nie na przeszkody i pułapki drogi.

Łowisko, na które w końcu dotarłem (mimo upadków i innych bolesnych przygód) było rewelacyjne – szybki wlew, na środku nurtu głaz, o który bystrzyna rozbijała swoje prądy, a za głazem dziura z płanią. Klasyczne schronienie dużego drapieżnika. Według mojej wiedzy i doświadczenia zdobytego przy połowach głowacic na polskich rzekach, przypuszczałem, że będzie tu stała wielka ryba. Tak to sobie zapamiętałem z oględzin za dnia, bo teraz cała rzeka tworzyła wielką, czarną plamę głośno szumiącej wody.

Zdjąłem plecaczek. Zmontowałem spinning, zaczepiłem dwuczęściowego woblera Salmo, przy tej okazji wbijając sobie jego kotwiczkę w rękę. Zgasiłem latarkę. Po dłuższej chwili odpoczynku moje serce uspokoiło się i oczy przyzwyczaiły do ciemności na, tyle, że dostrzegłem kontury drugiego brzegu. Ułatwiło mi to celne rzucanie przynęty, jeśli w ogóle można mówić o celnym rzucie w ciemnościach! Trochę na wyczucie, trochę pamiętając utrwalony za dnia obraz łowiska, zacząłem obławiać najpierw wlew, a potem miejsce za głazem i płań.

Branie miałem już za trzecim rzutem. Zaciąłem mocno i bez specjalnych kłopotów, po krótkim holu wyholowałem na brzeg tajmienia dziewięćdziesiątaka. Hol sprawiał niesamowite wrażenie, bo wszystkie sygnały dochodzące do mnie od ryby i moje poczynania odbywały się w ciemnościach i na wyczucie. Na dobra sprawę jakbym łowił z zamkniętymi oczyma. Ryba dostała buzi i wypuściłem ją do wody, bo przecież nie o takiego malucha mi chodziło[4].

Po kilku następnych rzutach znowu miałem branie. Tym razem skusił się na woblera mniejszy okaz. Po krótkim holu ląduję rybę na brzegu w szczelinie między dwoma głazami. Starałem się dobrze zapamiętać to miejsce na brzegu, ponieważ było to jedyne miejsce w okolicy, gdzie można było wprowadzić rybę i potem wyciągnąć ją na brzeg wyślizgiem.

Odczepiłem i wypuściłem tajmienia.

Po złowieniu trzeciego tajmienia, zadowolony usiadłem na olbrzymim głazie by nieco odpocząć. Włączyłem latarkę, zapaliłem papierosa i zmieniłem woblera poharatanego zębami tajmieni na nową przynętę. Zastanawiałem się, co złowił Piotr, który spinningował około 40 metrów ode mnie, we wspaniałej rynnie usianej wielkimi głazami, w miejscu gdzie za dnia miał atak wielkiej ryby. Widziałem światło jego latareczki, ale nic mi nim nie sygnalizował.

W myśl zasady: duża przynęta – duża ryba, założyłem teraz wielkiego woblera mojego autorstwa. Dwuczęściowego osiemnastaka, oklejonego skórą brzany, doskonale pracującego z prądem i pod prąd wody. Zmieniłem też miejsce połowu. Tym razem stanąłem na wprost głazu obmywanego przez rzekę. Stojąc na brzegu, na wielkim kamieniu, mimo ciemności widziałem pianę i zawirowania tworzące się w tym miejscu.

Pamiętam, że ten rzut wykonałem pod prąd i woblera ściągałem z nurtem. Kiedy przynęta znalazła się na wysokości głazu i zataczała łuk (tak domyślałem się nic nie widząc w ciemności), to poczułem lekkie uderzenie na kij. Instynktownie, odruchowo zaciąłem i… riposta wielkiego tajmienia była natychmiastowa i tak silna, że straciłem równowagę i mało nie spadłem z głazu w nurt rzeki. Nagły przypływ adrenaliny i momentalna koncentracja pozwoliły mi utrzymać się jakimś cudem na nogach i – mało tego – zaciąć powtórnie z całej siły!

Niewidoczny, wielki tajmień zaczął kotłować się, gdzieś tam na powierzchni rzeki. Jednocześnie kołowrotek zawył i kij wygiął się do granic możliwości, a ja tylko powtarzałem sobie w myśli; „tylko spokojnie, opanuj się…!”. Potem nagle ryba zaczęła pruć do góry, pod prąd wody. Pomyślałem sobie, że to dobrze, bo szybciej zmęczy się, tylko… jak ja dam radę za nią podążać? Cały czas w ciemnościach, instynktownie, odruchowo kontrolowałem ataki wielkiego tajmienia.  Hamulec kołowrotka – na szczęście – działał precyzyjnie. Nagle tajmień stanął i znowu zaczął młynkować, skakać i walić ogonem o powierzchnię wody. Hałas, który powodował zagłuszył szum rzeki i podniósł wysycenie mojej krwi adrenaliną do niebotycznego poziomu. Nieustannie kontrolując zrywy i ataki ryby, cały czas martwiłem się czy jest dobrze zapięta? Czy nie odhaczy się podczas holu? Pocieszałem się, że gdyby miała się spiąć, to pewnie już by to zrobiła. O sprzęt się nie martwiłem, bo był bardzo mocny i mógł dużo wytrzymać.

Wreszcie tajmień uspokoił się trochę i mogłem powoli podholowywać go do brzegu. Próbowałem nakierowywać rybę na upatrzone miejsce, ale nie było to łatwe, bo jak tylko czuła płytszą wodę, to natychmiast odbijała w nurt. Po takim trzecim czy czwartym nawrocie ryby wreszcie udało mi się wprowadzić ją pomiędzy przybrzeżne głazy. Zapaliłem latarkę na głowie, a wówczas ta ostatkiem sił rzuciła się potężnie, ochlapując mnie od stóp do głów i znowu wróciła na głęboką wodę. Kolejne kółko, kolejne, skoki i targanie pyskiem by uwolnić się od kotwicy i wreszcie po dłuższej chwili miałem ją znowu przy brzegu. Umęczona leżała spokojnie na płytkiej wodzie w zaplanowanym miejscu. Przełożyłem wędzisko do lewej ręki, a prawą chwyciłem tajmienia u nasady ogona i lekko wypchnąłem go na brzeg. Tam natychmiast złapałem go za pokrywę skrzelową i – mimo, że się strasznie rzucał, to zawlokłem jak mogłem najdalej od wody. Tak daleko, jak tylko brzeg mi na to pozwalał. Położyłem ogromnego tajmienia, zdjąłem kabłąk z kołowrotka i odłożyłem na bok spinning. Nieświadomie krzyczałem cały czas z radości!

Zacząłem sygnalizować Piotrowi światłem latarki by tu do mnie przeszedł. Odpowiedział, czyli zobaczył i zrozumiał.

Zwinąłem sprzęt, opłukałem tajmienia w rzece – był piękny i ogromny. Szczęśliwy czekałem na Piotra. Gdy przeprawiał się na mój brzeg to oświetlałem mu drogę latarką, bo jego nie świeciła. Pokazałem mu mojego tajmienia i – na chwilę, przyjaciela zatkało. W końcu wykrztusił „ale kaban”! Razem, w świetle dwóch słabnących już żaróweczek zmierzyliśmy rybę. Tajmień miał 124 cm[5]. Waga pokazywała 16 kg z okładem. Mimo ciemności Piotr zrobił w miejscu złowienia kilka zdjęć i ruszyliśmy z powrotem do obozu. Droga powrotna była „drogą przez mękę” i trwała aż dwie godziny. W międzyczasie teren wcale nie poprawił się, a za to myśmy byli już bardziej zmęczeni. Piotrowi latarka całkowicie siadła, a ja jeszcze dodatkowo tachałem na plecach wielką rybę. Po pierwszej przeprawie przez rzekę byłem mokry do kolan. Dopiero wtedy zauważyłem, że ostre zęby tajmienia dosłownie przegryzły mi grubą gumę woderów.

Do obozu dotarłem resztką sił dopiero o drugiej nad ranem. Skrajnie zmęczony i bardzo szczęśliwy, odmeldowałem Bolkowi przybycie i momentalnie zasnąłem prawie w wejściu do namiotu…

Nazajutrz, przy śniadaniu musiałem zdać kolegom szczegółową relację z nocnej eskapady. Wszyscy podziwiali ogromną rybę, rozgryziony neopren i ranę na mojej nodze. Miłą niespodzianką była butelka whiskacza – nagroda przeznaczona dla pogromcy PIERWSZEGO, WIELKIEGO TAJMIENIA. Odbyło się komisyjne ważenie i mierzenie ryby. Potem sesja fotograficzna i filmowa. Wieczorem – biesiada tajmieniowa przy ognisku[6].

Po pierwszym nocnym sukcesie przyszły kolejne. Tego samego dnia po zmierzchu „Kierownik” złapał następnego, wielkiego tajmienia. Wielkie ryby złowili także pozostali członkowie wyprawy.

Kilka dni później znowu dopisało mi szczęście. Tym razem łowiłem na szczury – woblery Salmo obleczone futerkiem, które specjalnie dla nas wykonał Piotr. Okazało się, że są to doskonałe przynęty do nocnych połowów dużych tajmieni. Szczur zrobiony osobiście przez Piotra okazał się bardzo skuteczny. Wyciągnąłem nań wiele pięknych ryb – tajmieni i lenoków i kolejnego „kabana”. Łowiłem również na amerykańskiego crawler’a. Tę przynętę stosuje się w Stanach do powierzchniowego połowu maskiego – amerykańskiej odmiany wielkiego szczupaka. Podczas holu wydaje ona dźwięki jakby chlupotania. Okazało się, że crawler również skutecznie wabi nocą Mongolskie tajmienie. Złowiłem na niego kilka mniejszych ryb, ale trafił się i okaz mierzący 112 cm.

Porady…

Łowiąc nocą trzeba być cały czas bardzo skoncentrowanym, bo brania tajmieni na szczura czy powierzchniowego woblera, są nagłe i silne. Atak może nastąpić w najmniej spodziewanym miejscu – zarówno pod przeciwległym brzegiem, na środku nurtu jak i na płytkiej wodzie pod samymi nogami, tak jakby ryba śledziła przynętę i szła do niej nawet z dużej odległości. Łowienie okazów na szczura jest najbardziej efektywne, a poza tym bardzo atrakcyjne  wizualnie i słuchowo, ponieważ tajmień bierze te przynęty z powierzchni i wówczas rozlega się charakterystyczne, głośne chlupnięcie, słyszane mimo szumu wody w rzece. Jest ono zwykle tak głośne, że w ciemnościach nocy wcześniej już wiemy, że nastąpił atak ryby i – mniej więcej – gdzie. Jeśli za hałasem nie następuje targnięcie za kij, to znaczy, że ryba chybiła przynętę i można przypuszczać, że kolejny jej atak nastąpi za moment[7].

Do nocnych połowów wielkich tajmieni, w wielkich, Mongolskich rzekach, trzeba się odpowiednio przygotować. Przede wszystkim należy pamiętając, że będziemy wędkować nocą po ciemku, samotnie, w otoczeniu dzikim, daleko od obozu (a jeszcze dalej od cywilizacji i lekarza uw. wł.) i dlatego koniecznie należy zachować daleko posuniętą ostrożność. Dobrze jest wyruszać na nocny połów we dwie lub trzy osoby, ponieważ tak jest bezpieczniej; a w każdej chwili możemy potrzebować pomocy, choćby przy podbieraniu wielkiej ryby, czy przy przechodzeniu przez rzekę. Należy upatrzone miejsce wcześniej dokładnie obejrzeć przy świetle dziennym i sprawdzić czy nie ma tam pułapek. Wybrane stanowisko dobrze jest oznakować np. szmatką przyczepioną do krzaka, czy drzewa. Potem w ciemnościach łatwiej je odszukamy.

Karkołomność nocnych połowów wędkarskich wymaga wcześniejszego przewidzenia wszelkich zagrożeń i jak najlepszego zabezpieczenia się przed nimi. Tereny nadbrzeżne w Mongolii są usłane niebezpiecznymi zasadzkami, dlatego przydatny jest kij lub laska, pomagające zachować równowagę przy chodzeniu po skałach, przeprawach przez wodę lub bagniska. Niezbędna jest dobra latarka (a lepiej dwie latarki, w tym jedna naczołowa) z na tyle dobrymi bateriami, by nie wyczerpały się daleko od obozu. Dobrze jest mieć przy sobie podstawową apteczkę i mocną linę, która może posłużyć zarówno do usztywnienia złamanej kończyny, jak i do przetrzymania, a potem transportu złowionej ciężkiej ryby. CB radio daje wspaniały komfort bezpieczeństwa i przyjemność kontaktu z bazą. Zapałki zapewniają – w razie potrzeby – możliwość rozniecenia ognia i ogrzania się po kąpieli[8]. Odpowiednie szczypce (lepiej solidny TOOL uw. wł.) są niezbędne. Zarówno uwolnią rybę od kotwiczki, jak i wędkarza, jeśli nieopatrznie wbije ją sobie w ciało czy ubranie. Dobrze dopasowane ubranie niewątpliwie podniesie komfort poruszania się w trudnym terenie i należy zawsze pamiętać o możliwości groźnego załamania pogody. Buty lub wodery powinny mieć solidne protektory i być dobrze dopasowane do stopy, po to, by ułatwiać przemieszczanie się po trudnym, nieprzewidywalnym  (zupełnie nie wędkarskim) terenie, w trakcie alpinistycznej wspinaczki po skałach.

O odpowiednim nożu nie muszę Wam wspominać.

W nocnym survivalu sprzęt wędkarski powinien być wyjątkowo solidny. Ponieważ nie ma obaw o postrzeganie przez rybę plecionki, przyponu itp, to można sobie pozwolić nawet na akcesoria morskie, tym bardziej, że będziemy mieli do czynienia z nie lada przeciwnikiem. Możemy się spodziewać ataku ryby o bardzo dużej wadze, przekraczającej nawet – daj Panie Boże – 25 kg. Ja używałem wędziska Blackstar CM 80-100 g, kołowrotka Cardinal 66 i plecionki o wytrzymałości 21 kg.

W opinii wszystkich łowiących tajmienie w Mongolii, nocne połowy odbywane na odludziu w scenerii górskiej rzeki i tajgi są najtrudniejszą, ale i najefektywniejszą metodą połowu wielkich „kabanów” i – najbardziej ekscytującym sposobem połowu ryb słodkowodnych.

A jeśli chodzi o najważniejszą poradę to – radzę z serca – jedźcie z Bolkiem na ryby do Mongolii!

 

 

Deadly taimen’s fishing

 

Chłopaki nie płaczą – relacja Tadeusza Ćwika…

… nie mam pojęcia ile czasu w ciemnościach walczyłem z rybą. Jak długo trwał ten hol. Zatraciłem rachubę czasu, a nie przyszło mi do głowy popatrzeć na zegarek. W końcu miałem ją na brzegu. Jakoś w ciemnościach udało mi się go wydobyć z wody.

Ale – okazało się, że to jeszcze nie koniec walki, bo w momencie, gdy ja – szczęśliwy – już się rozluźniłem, odprężyłem i zdekoncentrowałem, to tajmień nagle dosłownie stanął na ogonie i potężnie miotnął się w moją stronę, waląc mnie otwartą paszczą wielkiego łba w nogę. Byłem tak zaskoczony tym – dosłownie – psim atakiem w ciemnościach, że przez chwilę nie zrozumiałem, co się stało. Otrzeźwiałem, czując jak na mojej nodze zaciskają się szczęki ryby, a w ciało wbijają się jej zęby i ostre haki kotwicy. Wpadając w panikę zacząłem wyszarpywać nogę z paszczy ryby.

W ciemnościach szamotałem się połączony zakrzywionymi zębami ryby i hakami kotwicy woblera, z wielką, miotającą się rybą. Obijaliśmy się o głazy i gałęzie, aż nagle ryba puściła. Tajmień uwolniony tarzał się na brzegu łamiąc gałęzie koło moich stóp, a ja szarpany za nogę stałem obok, z kotwicą od woblera wbitą w wodery, starając się zachować równowagę.

            Obcęgami odczepiłem przynętę pyska ryby. Mimo bólu, poruszając się na jednej nodze, najpierw wypuściłem wielką rybę do wody, dopiero potem wyjąłem z buta (i ciała…) wielką kotwicę woblera i usiadłszy na kamieniu, z papierosem w ustach, kolejny raz – już spokojnie – na nowo przeżywałem emocje. Przypomniały mi się fragmenty z książki Putramenta gdzie opisał on przypadki śmiertelnych wypadków przy połowach tajmieni. Tak, tak – śmiertelnych! Zdarzyła się np. taka sytuacja, że będący już na brzegu tajmień, potężnym uderzeniem ogona podciął nogi wędkarzowi, a ten upadając uderzył się głową o kamień i zginął. W innym przypadku znaleziono wędkarza omotanego własną linką z ogromnym tajmieniem, który go wciągnął do wody i utopił. Przypomniało mi się także, jak Bolek opowiadał swoje przygody, gdy to wielki tajmień mało go nie utopił wciągając do rzeki, albo jak tajmień potężnym uderzeniem ogona, wręcz wrzucił do rzeki jego partnera. Ale żeby ryba jak wściekły pies zaatakowała człowieka już na brzegu …?

Wcześniej takie wypadki wydawały mi się zupełnie nieprawdopodobne, ale teraz, po tej przygodzie zmieniłem zdanie. Wielki tajmień to bardzo silna ryba, nieprzewidywalna i podczas walki z nią trzeba być skoncentrowanym do samego końca. Uważać, nawet mając już rybę na brzegu, bo bardzo łatwo można stać się ofiarą własnej niefrasobliwości. Zwłaszcza podczas nocnych połowów w terenie jak tutaj.

Te gamonie w obozie nie chciały uwierzyć mi, że miałem przygodę z  psim atakiem tajmienia aż pokazałem im krwawe ślady jego  zębów na nodze i butach…

Tak stałem się ofiarą ataku aligatora…


[1] co poniektórzy to nawet twierdzili, że nie należy jej używać na łowisku, bo płoszy ryby!

[2] w grupie było trzech wykształconych ichtiologów.

[3] Zapamiętajcie, bo to doskonały sposób na pokonywanie takich miejsc w rzekach, gdzie w każdej chwili można wywalić się i skąpać w lodowatej wodzie!

[4] „dziewięćdziesiątak” – tajmień o długości 90 cm. Niezły mi „maluch”, co?

[5] wg. mojego pomiaru przy świetle dziennym to miał 126 cm

[6] była to jedyna ryba nie wypuszczona do wody. Żałowaliśmy, ale niezbędna do wykonania dokumentacji fotograficzno-filmowej, badań ichtiologicznych i zaspokojenia głodu.

[7] wiele osób uważa, że tajmień często po prostu tylko uderza – wali w pływającego po powierzchni szczura, chcąc go zatopić i – dopiero potem, gdy jest pod wodą to łapie w paszczę. Stąd słyszy się ten donośny chlupot (uw. wł.).

[8] Wyposażenie zabierane na nocny połów powinien być wodoodporne, lub zabezpieczone przed wodą – np. w odpowiednim plecaczku (uw. wł.).

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn