Zaczarowana dorożka …

powrót
Zaczarowana dorożka …
  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace

Wielu zapalonych spinningistów uważa, że klasyczna dorożka, czyli łowienie na sztuczną przynętę wleczoną za łodzią jest metodą niegodną prawdziwego wędkarza – sportowca. Sugerują też często, że łowienie na trolling nie wymaga praktycznie żadnej wiedzy ani przygotowania.  W gruncie rzeczy do łowienia tą metodą nie potrzeba nawet wędki ani kołowrotka! Wędkarz tylko steruje łodzią a ryba „sama się łowi”. Gdzie tu finezja i sztuka?

 

Nowoczesny trolling to jednak technika równie sportowa jak inne – wymagająca od wędkarza dobrego sprzętu, przygotowania teoretycznego i pracowitości.

Jakie zmiany zaszły więc w ostatnich latach w taktyce i technice trollingu, dzięki którym zaliczamy go do zaszczytnego grona metod nowoczesnych? Aby wyczerpać temat z pewnością nie wystarczyłyby nawet obszerne łamy całego magazynu „Rybolov Elite”. W tym tekście chciałbym więc po pierwsze podzielić się z czytelnikami moimi obserwacjami na temat połowu trollingiem jednego, ale najpopularniejszego w Europie drapieżnika, jakim jest szczupak. Inne gatunki zostawimy sobie na inną okazję. Skupię się też na jednym, ale za to najskuteczniejszym moim zdaniem, rodzaju sztucznej przynęty. Poza tym zajmę się z konieczności jedynie najważniejszymi szczegółami, które moim zdaniem w sposób najbardziej istotny wpływają na skuteczność połowów.

Pierwszy na liście jest oczywiście –

 

Wędka i kołowrotek

 

Wielu wędkarzy wciąż uważa, że do trollingu wystarczy byle jaka wędka – wystarczy by była sztywna i trudna do złamania. Kołowrotek według nich też nie jest ważny. Byle by pomieścił kilkadziesiąt metrów grubej żyłki. Inni uważają, że zadanie doskonale spełni ich klasyczne wędzisko spinningowe – te, na które zwykle łowią szczupaki. Oczywiście, że i jedni i drudzy złowią w ten

sposób ryby. Jeśli jednak zmodyfikują nieco swoje zestawy trollingowe to będą mieli o wiele więcej brań i dodatkowo ilość ryb straconych w trakcie holu znacznie spadnie. Jak powinien więc wyglądać idealny zestaw trollingowy? Zakładam, że jesteśmy we dwóch na łodzi. Towarzystwo, zwłaszcza w tej metodzie jest bardzo ważne. Zwłaszcza, jeśli łowimy na więcej niż dwie wędki. Po pierwsze więc skuteczność wzrasta jeśli jesteśmy w stanie obłowić szerszy pas wody.

Stosując wędki o długości 2 metry i rozstawiając je na boki, możemy obłowić maksymalnie pas o szerokości 4 m. Optymalne są więc wędziska 3 metrowe, którymi zwiększamy zasięg działania o kolejne 2 metry. Ważna jest też ich akcja. Wędka powinna być oczywiście sztywna i zależy to od wielkości i charakteru pracy przynęty. Najlepsze są jednak wędziska o akcji parabolicznej. Potrafią one z dużej odległości same zaciąć rybę i doskonale sprawdzają się w trakcie holu. Pamiętajmy, że w momencie brania cały zestaw narażony jest na dużo większe naprężenia niż w trakcie klasycznego spinningowania. Do siły wywieranej przez rybę dokłada się przecież siła płynącej łodzi. Jest to szczególnie istotne jeśli w trakcie połowu wędka umiejscowiona jest w holderze. Z tego samego powodu ważny jest również kołowrotek a ściślej jego hamulec. Musi on być doskonałej jakości tak, aby płynnie oddawał linkę bez względu na dynamikę brania. Kołowrotki, które oddają linkę „skokami” powodują zakleszczenie jej i w efekcie utratę ryby wraz z przynętą. Praktyka pokazuje, że optymalne do metody trollingowej są średniej wielkości multiplikatory. Stwarzają one o wiele mniej możliwości zaplątania się linki o kabłąk czy elementy obudowy kołowrotka.

Na pytanie żyłka czy plecionka każdy wędkarz powinien odpowiedzieć sobie sam. Bez wątpienia bardziej popularna ostatnio jest plecionka. W połączeniu z paraboliczną akcją wędki i dobrze uregulowanym hamulcem kołowrotka pozwala ona bezpiecznie zaciąć i wyholować każdej wielkości szczupaka. Jej grubość oczywiście uzależniona jest od wielkości przynęty. Moim zdaniem optymalna jest do tego celu plecionka o grubości 0, 18 – 0,23 mm i wytrzymałości 12 – 15 kg. Jeśli decydujemy się użyć grubej plecionki do niewielkiej przynęty to albo ustawiamy delikatnie hamulec kołowrotka, albo wymieniamy kotwice i kółka na mocniejsze.

W trakcie łowienia trzeba też zwracać uwagę na to, aby linka była nawinięta na szpulę kołowrotka jak najciaśniej. Przy luźno nawiniętej lince gwałtowne branie kończy się często dostaniem się jej głęboko pod luźne zwoje, zakleszczeniem i urwaniem. Nie pomoże wtedy najlepiej wyregulowany hamulec! Ja dodatkowo zabezpieczam się przed takim zjawiskiem tak ustawiając linkę na szpuli kołowrotka, aby leżała jak najdalej od jej krawędzi.

 

W arsenale europejskich trollingowców jest więc plecionka i klasyczna żyłka. Ostatnio modna jest również żyłka fluorokarbonowa. Mimo kilku zalet (większy ciężar właściwy, mniejsza rozciągliwość i większa odporność na uszkodzenia) jest ona rzadko stosowana ze względu na mniejszą wytrzymałość i większą cenę w stosunku do żyłki klasycznej. Należy zaznaczyć, że fluorokarbon nadaje się na szczupakowe przypony ale dopiero przy średnicy powyżej 0,9 m.

Bardzo ciekawą alternatywą dla żyłek i linek jest tzw. „leadcore line”. Jest to plecionka wypełniona drutem ołowianym. Nawija się ją tak, jak inne linki na kołowrotek o dużej pojemności szpuli (przy tej samej wytrzymałości co zwykła plecionka ma oczywiście dużo większą średnicę). Pozwala ona łowić małą przynętą (z reguły pływającym woblerem) bardzo głęboko bez dodatkowych obciążeń. Najczęściej ostatni odcinek leadcore sunie po dnie a przynęta na przyponie z żyłki lub plecionki pracuje dokładnie nad nim. Technika ta jest bardzo popularna w USA głównie przy połowie tamtejszych sandaczy czyli walleye. U nas można by zastosować ją oczywiście na sandacze ale też w szczególnych przypadkach, gdy szczupaki żerują z jakiegoś powodu na samym dnie polując na niewielkie ryby (np. kiełbie). Ma to miejsce szczególnie na dużych rzekach.

Na końcu zestawu niezbędny jest oczywiście przypon zabezpieczający linkę przed zębami szczupaka. Osobiście do spinningowania używam przyponów o długości do 25 cm. Dłuższe przeszkadzają przy rzucaniu. W przypadku trollingu jednak możemy zastosować praktycznie przypony dowolnej długości. Każdy słyszał o przypadkach „ogryzienia” nawet półmetrowych przyponów! Czy szczupak jest w stanie połknąć przynętę wraz z takim dodatkiem? Oczywiście nie. Powody utraty zdobyczy są różne. Często jest to osłabiony lub źle zawiązany węzeł albo skaza na lince. Poza tym zdarza się, że drapieżnik źle „wymierzy” i zaatakuje przed przyponem odcinając go. Takie przypadki zdarzają się przeważnie małym rybom. Bywa jednak i tak, że w trakcie walki duży szczupak owija się przyponem i trafia zębami na „gołą” linkę. Tak więc w tym przypadku długość ma znaczenie! Sam stosuję różnej długości przypony w zależności od techniki trollingu. Jeśli łowię bez dodatkowego obciążenia to przypon ma 50 – 80 cm. Dodatkowe obciążenie umieszczam zaś na początku przyponu, który w tym wypadku może mieć nawet 120 cm. Tak długie przypony wykonuję sam z dostępnych materiałów. Najczęściej jest to plecionka stalowa lub wolframowa w otoczce igielitowej lub żyłka fluorokarbonowa o grubości 1 – 1,2 mm.

Wytrzymałość każdego przyponu sam sprawdzam przed użyciem tak, aby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek podczas łowienia.

Ostatnim i chyba najważniejszym elementem zestawu jest –

 

Przynęta

 

Do trollingu na szczupaka nadaje się większość tradycyjnych, sztucznych przynęt. Najbardziej uniwersalną jednak a przez to najczęściej stosowaną do tego celu są woblery. Dysponując różnymi ich wersjami i typami spokojnie damy sobie radę na każdym łowisku. Pierwszą cechą, która rozróżnia woblery jest oczywiście wersja – pływająca czy tonąca? Obie z nich działają i sprawdzają się przy połowie szczupaka. Wygodniejsze w użytkowaniu są woblery pływające. Niezależnie od tego, czy używane są bez dodatkowego obciążenia czy wraz z nim, pozwalają uniknąć problemów w momentach zatrzymania łodzi lub jej gwałtownych manewrów. Każda przynęta tonąca w takim przypadku szybko opada na dno i w najlepszym razie „łapie” na kotwiczki różne śmieci stając się bezużyteczną. Pływająca natomiast „wisi” w toni wodnej gotowa do akcji. Przed podjęciem decyzji, który konkretnie typ woblera zastosujemy, należy wiedzieć, na jakiej głębokości w danej sytuacji spodziewamy się drapieżników. Następnie wybieramy odpowiednio głęboko nurkującą przynętę. Większość firm oferuje szeroką gamę woblerów, które w trollingu nurkują na głębokości od 0,5 do kilkunastu  metrów. Najgłębiej nurkują oczywiście woblery z długimi sterami. Głębokość nurkowania można z reguły łatwo sprawdzić na opakowaniu przynęty. Najczęściej podawane tam są dwie głębokości nurkowania – przy klasycznym spinningowaniu i w trollingu. Większość woblerów nurkuje około dwa razy głębiej w trollingu niż przy spinningowaniu. Warto zapoznać się z tą informacją bo często niepozornie wyglądający wobler nurkuje dużo głębiej, niż nam się wydaje!

Woblery tonące stosujemy na łowiskach, w których planujemy obławiać długie odcinki o podobnej głębokości – bez gwałtowniejszych manewrów i zatrzymywania się. Zarówno w przypadku przynęt pływających jak i tonących, możemy kontrolować głębokość na jakiej się one poruszają. Jeśli zwalniamy tempo płynięcia łodzi to woblery pływające zbliżają się do powierzchni a tonące przeciwnie – nurkują głębiej. Odwrotna sytuacja ma miejsce jeśli zwiększamy prędkość łodzi.

Bardzo ciekawą i wciąż mało znaną propozycją również trollingową, są jerkbaity wertykalne. Są to przynęty stworzone do łowienia w pionie ale znakomicie sprawdzają się również w aktywnym trollingu. Łódź musi płynąć niezbyt szybko (2 – 4 km/h) a technika łowienia polega na dość dynamicznym podciąganiu szczytówką wędziska od poziomu wody do pionu, czyli na odcinku około 1 – 1.5 metra. Następnie po opuszczeniu szczytówki  manewr powtarzamy. Warunkiem skuteczności jerkbaitów wertykalnych jest duża aktywność łowiącego i głębokość do 6 – 7 metrów. Oczywiście można tymi przynętami łowić znacznie głębiej ale nie z płynącej a raczej z dryfującej łodzi – właściwie niemal pionowo pod jej dnem. Przynęty te pracują doskonale zarówno w trakcie podciągania jak i opadu. Brania mogą więc mieć miejsce w każdej chwili – również przy wyciąganiu przynęty, tuż koło burty łodzi. Dlatego trzeba być czujnym przez cały czas.

Aby podjąć właściwe decyzje na łowisku i ewentualnie modyfikować je w trakcie łowienia absolutnie niezbędnym gadżetem na łodzi jest –

 

Echosonda

 

Oczywiście są wędkarze, którym wydaje się, że tak dobrze znają swoją wodę, że nie potrzebują żadnej elektroniki. Są to z reguły starzy praktycy, którzy łowią na jednym jeziorze czy odcinku rzeki pół życia i znają każdą tajemnicę takiego łowiska. Nawet jednak oni muszą w pewnych okolicznościach ustąpić przed potęgą nowoczesnej techniki. Są dni, w które ryby zachowują się zupełnie inaczej niż zwykle. Drapieżniki zawsze przebywają w pobliżu swoich ofiar. Bez echosondy, która pokaże na jakiej głębokości znajdują się drobne ryby,  połów jest więc przypadkowy. Ma to szczególne znaczenie przy połowach szczupaków polujących na ryby ławicowe, takie jak śledzie, sielawy, ukleje albo płocie. Echosonda pokazuje wtedy dokładnie gdzie zaprezentować naszego woblera.

Zawsze też należy pamiętać o zasadzie – lepiej za płytko niż za głęboko! Szczupak w czasie polowania w dużym stopniu kieruje się wzrokiem. Jego oczy skierowane są ku górze i praktycznie nie zdarza się, że poluje uderzając w dół. Zawsze więc przebywa nieco poniżej potencjalnych ofiar tak, aby obserwować je i w odpowiedniej chwili zaatakować. Jeśli woda ma dużą przejrzystość może to być nawet kilka metrów. W takich sytuacjach podobnie jak inne drapieżniki (lwy, gepardy, aligatory) szczupak wybiera ofiarę podobną do pozostałych ale sprawiającą wrażenie osłabionej lub chorej. Czasami oznacza to nieskoordynowane podrygi a czasami przeciwnie -  ruchy bardzo wolne i ospałe. Którą taktykę wybrać – to już kwestia praktyki.

W każdym razie echosonda pozwala obserwować zachowania drobnicy i podejmować świadome decyzje odnośnie taktyki połowu. Oczywiście najwięcej wniosków wyciągniemy ze wskazań nowoczesnych echosond z dużymi, kolorowymi ekranami o wysokiej rozdzielczości. Wystarczy jednak również najprostsza elektronika pod warunkiem, że nauczymy się „czytać” jej wskazanie.

 

Najczęstszym błędem jest stosowanie trybu dla początkujących – z piktogramami (symbolami w kształcie rybek). Echosonda korzystając ze swojego oprogramowania pokazuje wtedy wszelkie obiekty między dnem a powierzchnia jako małe lub większe „rybki”. Większość tych obiektów to niestety zawieszone w toni śmieci a tego rodzaju uproszczenie uniemożliwia prawidłową analizę odczytów na ekranie. Po wyłączeniu trybu piktogramów szybko zaczynamy rozumieć echosondę i  nie potrzeba wielkiej praktyki, żeby poprawnie czytać jej wskazania. Duże ryby pojawiają się na ekranie jako „tłuste banany”.

Kolejnym przebojem elektroniki nie tylko wędkarskiej, który znakomicie pomaga w podniesieniu skuteczności trollingu jest –

 

Nawigacja GPS.

 

Dostępne są już bardzo zaawansowane urządzenia łączące funkcje echosondy i GPSa. Jeżeli do tego dysponujemy elektroniczną mapą danego akwenu, to poruszamy się po nim jak po swoim mieszkaniu. GPS pokazuje naszą aktualną pozycję na ekranie plotera na tle mapy dna łowiska. Zwiększa to skuteczność ale też bezpieczeństwo wędkowania. Takie zaawansowane urządzenie jest jednak bardzo drogie i w praktyce można poradzić sobie dużo prostszym, ręcznym odbiornikiem GPS. Wiele najnowszych telefonów komórkowych ma wystarczające możliwości. Oczywiście na tak małym ekranie niewiele zobaczymy ale może to pomóc w wędkowaniu. Jeśli zapiszemy pozycję portu z którego wyruszyliśmy nie ma możliwości zgubić się nawet po zmroku albo we mgle. Jak jednak może taki GPS przydać się w trollingu? Otóż obserwując jego wskazania dużo dokładniej obławiamy łowisko. Możemy też z dokładnością do kilku metrów wrócić na miejsce dobrych brań.

Oczywiście urządzenia wspomagające wędkarza w precyzyjnym trollingu mogą być o wiele bardziej skomplikowane. Taką „maszynerię” miałem kiedyś okazję podziwiać wędkując na rzece Missisipi wspólnie z jednym z amerykańskich mistrzów – Brucem Samsonem. Jest on w USA największym autorytetem w dziedzinie elektroniki wędkarskiej i precyzyjnego trollingu sandaczowego (www.doctorsonar.com). Jest też jedynym specjalistą od sandaczy, który w zawodach w połowie tego gatunku wygrał więcej niż milion dolarów a także jedynym człowiekiem, który porzucił praktykę lekarską dla wędkarstwa! Jego łódka to istny lotniskowiec naszpikowany elektroniką jak F16. Dysponując dokładną mapą dna rzeki (!) Bruce planował całą trasę trollingu w komputerze. Potem programował autopilota tak, że ten współpracując z GPSem prowadził łódź dokładnie po zadanym szlaku. Wędkarz mógł się wtedy zająć wędkami i przynętami. A było czym bo łowiliśmy na 10 zestawów na raz!

Obserwując doktora przy pracy zastanawiałem się tylko, czy obsługując wszystkie te wspaniałe urządzenia nie gubi on gdzieś po drodze piękna i romantyki wędkowania. Oczywiście każdy ma prawo widzieć romantykę wędkarstwa w nieco inny sposób.

Oczywiście ważniejsze od całej elektroniki w praktyce okazuje się doświadczenie wędkarza – jego  znajomość łowiska i zwyczajów ryb a także właściwy wybór przynęty i sposobu jej prezentacji. To wszystko określamy mianem taktyki.

Pierwsze pytanie jakie nasuwa się zawsze na początku połowu to –

 

Na jakiej głębokości szukać drapieżników?

 

Zwykle nie wiemy tego od razu. Czy jednak zawsze należy stosować woblery pracujące w pobliżu dna? Większość wędkarzy właśnie tak robi. Najczęściej też nigdy nie dowiadują się oni ile pięknych okazów ominęli łowiąc za głęboko.

Nie da się oczywiście jednoznacznie odpowiedzieć pytanie – „jak głęboko”. Odpowiedź jest uzależniona od łowiska. Najczęściej odwiedzanym przez wędkarzy typem łowiska są oczywiście stoki przybrzeżne. Czy jest to jezioro, rzeka czy zbiornik zaporowy, obserwując wskazania echosondy dość szybko jesteśmy w stanie zdecydować od czego zacząć.

Małe szczupaki zawsze trzymają się trzcin i gęstej roślinności wodnej gdzie czatują na swoje ofiary i chowają się prze głodnymi, starszymi kuzynami. Jeśli więc populacja tego drapieżnika w danym zbiorniku jest „zdrowa” to znaczy wielopokoleniowa, z reguły trudno jest złowić na trolling małe ryby. Trolling to metoda otwartej wody. Jej największym plusem natomiast jest możliwość utrzymywania przynęty na optymalnej głębokości niemal w trakcie całego połowu. Nie tracimy przy tym czasu na rzuty, opadanie przynęty ani przestawianie łodzi. Aby więc wykorzystać ten atut należy dobrze zaplanować trasę łodzi. Duże szczupaki najczęściej zajmują stanowiska na skraju roślinności podwodnej. Granica roślinności na różnych zbiornikach występuje na różnej głębokości. Jest to uzależnione od przejrzystości wody. Na jeziorach o mało klarownej wodzie jest to 2 – 3 metry a na bardzo czystych nawet 6-7 m. Łatwo to jednak zaobserwować na echosondzie. Jeśli dodatkowo tuż za granicą roślin zaczyna się ostry spad dna to mamy po prostu wymarzone łowisko dużego szczupaka. Należy więc jedynie płynąć łodzią po tej granicy utrzymując przynęty 1,0 -2,5 metra od dna. Trasa płynięcia łodzi powinna odpowiadać z grubsza jednej, wybranej głębokości. Jeśli krawędź podwodnej roślinności jest na głębokości na przykład 5 metrów, ustawiamy łódź na 6ciu metrach, zakładamy na wędki woblery nurkujące mniej więcej na 3-5 m i obserwując echosondę staramy się płynąć po izobacie 6 m. Jeśli roślinność jest bardzo wysoka (np. wysokie rdestnice) warto nawet zastosować nieco płycej nurkujące przynęty. Szczupaki w takiej sytuacji potrafią trzymać się nawet „w pół wody”

Trollingując w podobnych miejscach na rzece lepiej płynąć z prądem. Ryby ustawiają się jak wiemy głową pod prąd a rośliny pochylone są zawsze z prądem. Płynąc w odpowiednim kierunku dajemy drapieżnikom szansę dłuższego przyjrzenia się przynęcie i zmniejszamy ilość zaczepów.

Drugi typ łowiska trollingowego to –

 

Duże jeziora i zbiorniki zaporowe.

 

Planując połowy trollingiem na łowiskach tego typu dobrze jest pamiętać,  że zamieszkują je dwie „rasy” szczupaków. Pierwsza to szczupaki „przybrzeżne” (znane wszystkim), druga zaś „pelagiczne”. Są to ryby, które już za młodu – po przekroczeniu masy 1 kg, skusiła bezkresna toń. Te, którym udało się umknąć szczękom większych pobratymców i przystosowały się do tropienia ławic pelagicznych ryb, rosną o wiele szybciej od swoich „przybrzeżnych” kuzynów, są z reguły bardziej krępej budowy i bardziej waleczne. W wielu jeziorach rasa „przybrzeżna” jest poważnie przetrzebiona przez wędkarzy, rybaków zawodowych i kłusowników. Ciężko tu złowić szczupaka większego niż 1 kg bo większe są natychmiast odłowione i … zjedzone! Warto w takich zbiornikach wysilić się nieco i spróbować wytropić prawdziwe, pelagiczne potwory! Jaką jednak  taktykę zastosować w takim przypadku? Najlepiej na początek zastosować dwie lub więcej (w zależności od ilości używanych wędek) wersje przynęt. Na jednej wędce zakładamy na przykład wobler nurkujący do 2 – 3 m a na drugiej do 7-8 m. Po pierwszych braniach łatwo podjąć decyzję, która wersja będzie danego dnia lepsza. Tu oczywiście nie ma mowy o pływaniu wzdłuż jakichkolwiek izobat. Pływamy raczej szerokimi zakosami. W ten prosty sposób zwiększamy zasięg „poszukiwań” drapieżnika. Nawigacja GPS przydaje się tu aby świadomie planować trasę trollingu. Daleko od brzegów jeziora bez elektroniki jest to właściwie niemożliwe. Równie niezbędna jest echosonda. Obserwujemy ławice ryb i to, co się wokół nich dzieje. Przynęty staramy się prowadzić 1-3 metry pod krawędzią ławicy. To jednak nie jest reguła bo czasami takie ławice mają „miąższość” kilkunastu metrów! Aby zwiększyć swoje szanse stosujemy wtedy różne woblery, nurkujące na głębokość 2, 4, 6 i więcej metrów.

W jeziorach z dużą populacją uklei co roku zdarza się czas, którego żaden szanujący się tropiciel drapieżników nie powinien przegapić. Zwykle w miesiącu czerwcu ukleje zbierają się wówczas w wielkie ławice i przystępują do tarła. Tarło odbywa się co prawda w strefie przybrzeżnej ale ławice krążą daleko od brzegu. W takiej sytuacji właściwie wszystkie drapieżniki zbliżają się do powierzchni i niezależnie od głębokości w danym miejscu polują na ogarnięte miłosnym amokiem ukleje.

Na jeziorze, w którym z powodzeniem łowimy z przyjaciółmi na trolling bolenie, w czasie tarła uklei dzieją się dosłownie cuda! Na głębokości 15 metrów na wobler ciągnięty szybko tuż pod powierzchnią biorą szczupaki, bardzo rzadkie w tym jeziorze sandacze i sumy oraz … węgorze! Kilka złowionych w ten sposób węgorzy potwierdza fakt, że nie był to przypadek.

Trzeci typ łowiska trolligowego

 

to jezioro lub zbiornik  zaporowy o niewielkiej średniej głębokości i bardzo urozmaiconej rzeźbie dna. Pojedyncze górki podwodne oczywiście lepiej jest zwykle obłowić tradycyjną techniką spinningu. Jeśli jednak nasze łowisko właściwie całe dno ma bardzo pofałdowane a powierzchnia jego jest duża, warto zastosować metodę trollingu. Taką sytuację spotkałem w Holandii, gdzie większość jezior to zbiorniki sztuczne – poldery i rozlewiska.

Urozmaicenie głębokości jest tam niespotykane gdzie indziej. Dwumetrowe płycizny raptem opadają na 6 – 7 metrów aby po chwili znów wznieść się na 2 metry. Dodatkowym utrudnieniem jest wysoka roślinność podwodna, która powoduje, że nie da się ciągnąć woblera głębiej niż 1 – 1,5 m. Holenderscy mistrzowie stosują w takich miejscach przynęty nurkujące bardzo płytko. Prowadząc łódź dość szybko, szerokimi zakosami, obławiają duże obszary, przecinając co chwila płytsze i głębsze miejsca. Okazuje się, że taka taktyka jest tam bardzo efektywna. Pozawala bowiem na stosunkowo szybkie sprawdzenie wielu potencjalnie ciekawych miejsc w krótkim czasie. Łowione są przy tym ryby aktywne, które z głębszej wody przemieściły się na szczyt podwodnego wzniesienia, by tam właśnie czatować na ofiarę. Mimo, iż na ekranie echosondy co chwila widzieliśmy spore „banany” u podnóża tych wzniesień – na głębokości 5-7 m, moi mistrzowie nie zatrzymywali się w tych miejscach! Twierdzili, że sprawdzali tu różne taktyki łącznie z precyzyjnym obławianiem „dołków” głęboko nurkującymi woblerami i ciężkimi gumami. Statystycznie lepsze wyniki mieli jednak trollując w poszukiwaniu tzw. „Hot Fish” czyli drapieżników aktywnych w danym momencie.

Ostatnim typem łowiska, bardzo ciekawym a jednocześnie trudnym, są –

 

Duże rzeki

 

Oczywiście na dużej rzece łatwo znajdziemy łowiska podobne do wszystkich omówionych wcześniej. Chciałbym jednak skupić się na bardzo szczególnych miejscach, które często są po prostu bezkonkurencyjne zwłaszcza, jeśli chodzi o prawdziwe okazy szczupaka ale też innych rzecznych rozbójników. Są to wielkie zagłębienia dna o stromych zboczach sąsiadujące z głównym nurtem. Takie rzeczne „doły” właściwie przez cały rok (za wyjątkiem okresu tarła) jak magnes przyciągają największe drapieżniki z okolicy. Szczególnie atrakcyjne stają się one jesienią, kiedy wszystkie gatunki szukają miejsca na zimowisko. Zastosowanie odpowiedniej taktyki w takim miejscu może zaowocować najlepszymi połowami w całym sezonie. Znając takie miejsce warto więc przygotować się do połowu zarówno teoretycznie jak i praktycznie. Na pewno każdy z czytelników ma swój własny sposób na „rozpracowanie” dużego, rzecznego dołu. Bardzo skuteczne może oczywiście okazać się spinningowanie dużą i ciężką gumą. Niestety wymaga to zakotwiczenia łodzi. Na dużej rzece i głębokości kilka albo kilkanaście metrów nie jest to jednak łatwe. Dlatego proponuję znowu metodę trollingu z dużym woblerem. Jeśli dobrze to zaplanujemy, jesteśmy w stanie obłowić taki dół dosłownie miejsce przy miejscu i sprawdzić, czy tego dnia jakiś zębaty potwór ma ochotę na przekąskę. Jeśli dół ma maksymalną głębokość 5-7 metrów łowię klasycznymi woblerami nurkującymi właśnie do takiej głębokości. Pływam wzdłuż dołu a nie w poprzek, aby trasy za każdym razem były jak najdłuższe. Zwykle nie ma znaczenia czy pływamy pod czy z prądem. Na dnie takiego dołka ruch wody jest najczęściej nieznaczny. Jeśli środek dołu jest dużo głębszy, stosuję zestaw z dużym, mocno dociążonym woblerem płytko nurkującym. Chodzi o to, aby dotrzeć w pobliże dna ale nie zaczepiać o nie. Co prawda nie ma tam nawet śladu zielska ale zawsze dno zalegają zbutwiałe liście i gałęzie. Trzeba więc dokładnie i nieustannie kontrolować na jakiej głębokości znajduje się nasza przynęta a jednocześnie nie pozwalać jej dotykać dna. Możliwość taką daje właśnie zestaw o którym wspomniałem. Składa się on z długiego (100 – 120 cm)  przyponu zrobionego z plecionki stalowej w igielicie lub fluorocarbonu o grubości 1 – 1,2 mm, potrójnego karabińczyka i ciężarka na półmetrowym przyponie. Przypon powinien być oczywiście słabszy od głównej linki na wypadek zaczepu. Urywamy wtedy jedynie ciężarek ratując cenną przynętę. Masa ciężarka jest uzależniona od wielkości (wyporności) woblera.

Osobiście łowię wyłącznie na duże i bardzo duże woblery. Ciężarek musi zatopić taką przynętę i pozwolić jej w krótkim czasie osiągnąć głębokość 10 – 15 metrów a potem utrzymać ją na odpowiedniej głębokości podczas ruchu łodzi. Do większości pływających woblerów o długości 12 – 20 cm wystarczają ciężarki o masie 50 – 120 g. W tym wypadku wędkę koniecznie trzymamy w ręku, aby wyczuwać kontakt ciężarka z dnem. Jeśli czujemy, że dno wznosi się bo ciężarek wlecze się po nim, unosimy szczytówkę wędziska. Jeśli to nie pomaga zwiększamy prędkość łodzi lub po prostu zwijamy kilka metrów linki. Jeśli z kolei dno ostro opada, najpierw opuszczamy szczytówkę, potem zwalniamy prędkość łodzi. Najlepiej na kilka sekund wrzucić „na luz” Łódź płynie z rozpędu ale coraz wolniej. Do jej zatrzymania lepiej nie dopuszczać. Łatwo wtedy o zaplatanie przynęty o przypon. Jeśli nadal nie czujemy dna, lepiej jest jednocześnie oddawać powoli linkę. Po chwili poczujemy „stuknięcie” ciężarka w dno i możemy ruszać dalej. W ten prosty sposób ciężarek porusza się po piłokształtnej drodze tuż nad dnem. Mamy wtedy pewność, że nasz wobler na końcu długiego przyponu płynie około 1 – 1,5 m od niego. Dlatego właśnie nie jest wskazane używanie w tej technice woblerów z długim sterem (głęboko nurkujących). Przy półmetrowym przyponie ciężarkowym, „orały by” one wtedy nieustannie dno. Oczywiście bardzo ważne jest nieustanne skupienie i koncentracja. Nie zawsze przecież linka jest mocno naprężona i łatwo w takiej sytuacji przegapić delikatne branie. Mają one miejsce zarówno w trakcie oddalania się przynęty od dna, jak i opadania przy zwalniającej łodzi. Wybierając kierunek trollingu należy kierować się w tym przypadku wyłącznie siłą prądu rzeki. Generalnie zawsze lepiej jest płynąć jak najwolniej pod prąd. Sama rzeka pomaga nam wtedy utrzymywać przynętę w ciągłym ruchu i lepiej kontrolować jej pracę. Pływamy raczej po prostej najlepiej obserwując uważnie wskazania echosondy. Warto przy tym wrócić w miejsce gdzie widać bylo ryby z innym woblerem – nieco mniejszym lub o innej akcji. Jeśli łowimy w dołach o głębokości poniżej 8 metrów to najskuteczniejsze będą raczej przynęty w kolorach  kontrastowych – o tle żółtym – fluo (np. Green Tiger).

Na głębokich, rzecznych dołach sprawdzają się też jerki wertykalne. Łowimy jednak z dryfującej z prądem łodzi pilnując aby przynęta poruszała się 1- 1,5 metra od dna.

Na koniec warto wspomnieć o kilku wynalazkach używanych na świecie do zaawansowanego trollingu i zastanowić się, czy mogą one pomóc w naszym łowieniu. Jest ich bardzo wiele ale z reguły mają na celu umożliwienie połowu na kilkanaście wędek na raz. Chciałbym więc omówić krótko dwa z nich –

 

Windy i deski trollingowe.

 

Winda trollingowa (ang. downrigger) to stary system pozwalający na łowienie każdą, najmniejszą nawet przynętą na dowolnej głębokości. Przynętę wypuszcza się za łódź na odpowiednią odległość a żyłkę na specjalnym klipsie mocuje do stalowej linki i wraz ze stalową kulą opuszcza na żądaną głębokość. W momencie brania ryba wyrywa żyłkę z klipsa i można rozpocząć hol. W połowie szczupaków downrigger stosowany jest bardzo rzadko. Niewiele jest łowisk szczupakowych gdzie drapieżniki te żerują na kilkunastu i więcej metrach a średnia głębokość usprawiedliwia zastosowanie ciężkiej kuli jako obciążnika.

Deski trollingowe (ang. Planer boards) natomiast to proste i na niektórych łowiskach bardzo użyteczne narzędzie do trollingu. Szczególnie przydatne okazuje się w przypadku połowu na więcej niż dwie wędki. Ich zadaniem jest odciągnięcie linek z przynętami na boki nawet na 30 – 40 metrów. Są dwa typy tych urządzeń. Pierwsze, najprostsze, zakłada się bezpośrednio na każdą linkę i wyrzuca za burtę. Każda z nich ma wskaźnik brań w postaci małej chorągiewki, która opada w momencie w którym przynęta trafi na opór. Ich wadą jest to, że w trakcie holu cały czas wiszą na lince przeszkadzając w walce z rybą. Drugi typ to tzw. podwójne deski (ang. Dual boards).

Te wypuszczane są na swoich własnych linkach przymocowanych do burt łodzi lub do specjalnego masztu. Linkę z pracującą na końcu przynętą zaciska się w klipsie i zaczepia na lince biegnącej do deski trollingowej. Klips ześlizguje się po lince na odległość, na którą mu pozwolimy. W ten sposób ustawiamy przynętę w dowolnej odległości od burty. Na jednej lince możemy umieścić kilka klipsów (na przykład co 5 metrów jeden) i łowić jednocześnie nawet na kilkanaście wędek (jeżeli tego nie zabraniają przepisy!).

W praktyce jednak nie ma sensu łowić na więcej niż dwie wędki na osobę. Optymalny efekt uzyskujemy wypuszczając dwie przynęty na deskach i dwie z rufy łodzi. Po braniu ryba zrywa linkę z klipsa co należy zaobserwować i natychmiast skwitować mocnym zacięciem. Trzeba pamiętać, że im dalej klips (a więc i przynęta) od burty, tym większy jest luz linki po braniu i trudniej skutecznie zaciąć. Dla mnie optymalne rozstawienie to na każdej burcie 2 wędki – jedna około 10 metrów a druga z rufy na długość wędki (ok. 3 m). Obławiamy wtedy efektywnie pas wody o szerokości około 22-25 metrów.

Niektórzy wędkarze starają się przy tym odstawiać przynęty jak najdalej od trasy łodzi wychodząc z założenia, że szczupak boi się odgłosu silnika łodzi. Wieloletnia praktyka wędkarska setek doskonałych wędkarzy wykazała jednak, że to nieprawda.  Znam nawet kilku mistrzów trollingu, którzy twierdzą, że najlepsze brania mieli zawsze bezpośrednio w zawirowaniach wytwarzanych przez pracujący silnik! Osobiście wolę jednak wypuszczać przynęty nieco dalej. Odległość ta uzależniona jest również od wstępnych „założeń taktycznych”. Jeśli chcemy prowadzić przynęty precyzyjnie – np. na określonej głębokości między wieloma wzniesieniami podwodnymi, należy wypuścić je jak najbliżej – maksimum na 10 metrów. Tylko wówczas  jesteśmy w stanie kontrolować ich trasę sterując łodzią. Jeśli natomiast obławiamy duże obszary wody w poszukiwaniu pelagicznych drapieżników, tym bardziej przy użyciu więcej niż dwóch wędek, dużo lepiej jest wypuścić przynęty dalej – na 30 a nawet 40 metrów. Większe odległości powodują jednak coraz większe problemy ze skutecznym zacięciem.

Metodą trollingu złowiłem swojego największego szczupaka i mam nadzieję, że jeszcze uda mi się pobić ten rekord. Jestem też przekonany, że metoda ta może więc być nie tylko interesująca i inspirująca ale przede wszystkim skuteczna – zwłaszcza w połowie okazów!

Piotr Piskorski

 

Copyright (C) salmo.com.pl realizacja: Agraf - Agencja Reklamowa Olsztyn